2013-11-16 - Gość Bloga. Dominika Wojniak

Dzisiaj inauguruję nową praktykę (oby stała się zwyczajem) - zapraszania miłych Gości.
Na początek - Dominika Wojniak, która ma wiele pasji i zamiłowań, a jedno związane jest z winem. 
O winie, jego kulturowych korzeniach Dominika skreśliła dla mnie i dla Was parę słów.
Przyjemnej lektury.

G.jpgość, czyli Radość w butelce

Przysłowie francuskie mówi, że ten kto pije dobre wino, temu Bóg zagląda w serce. Znając Francuzów idę o zakład, że przymiotnik „dobre” dodali specjalnie. Dobre, czyli francuskie.

Sięgając do historii, dla starożytnych pochodzenie wina nie miało większego znaczenia. Wino oznaczało radość. Po to zostało stworzone. Pytanie, przez kogo? Czy Bóg stwarzając świat pamiętał o winie?
Czy to człowiek szukając radości życia odkrył ten ponadczasowy napój? Trudno osądzić. Syrach w Starym Testamencie pisze – jakież ma życie ten, który jest pozbawiony wina? Stworzone jest ono bowiem dla rozweselenia ludzi. Starożytni Grecy upieraliby się raczej przy wersji, że wino jest dziełem bogów.
To Dionizos nauczył ludzi uprawy ziemi i wydobył z niej winną latorośl. Oprócz wina był bogiem uczt
i życiodajnej energii. A także rozkoszy. Nie trudno przecież zauważyć ścisły związek wina z przyjemnością, rozkoszą. Wino umilając życie ludziom było więc jednocześnie napojem bogów. Niektórzy sądzą, że olimpijska ambrozja była właśnie winem.
Sumerowie, Egipcjanie, Grecy – wszyscy mieli swoich bogów wina, którym składali ofiary ze sfermentowanego soku z winogron. We wszystkich politeistycznych religiach cywilizacji śródziemnomorskich wino było trunkiem rozweselającym i wprawiającym w ekstazę. Miłośnikiem wina musiał być Tutenchamon, który zabrał do swojego grobu aż 40 amfor. O winie wspominał często Owidiusz. Wierzył, że tam gdzie nie braknie wina, tam smutki i troski nie trafiają.IMG_1029.JPG

Antyczne teksty wspominają aż o 40 rodzajach wina. Wyłącznie słodkich, bo wytrawnych nie znano. Co ciekawe,
w starożytności nie ceniono starych win. Wina nie leżakowały, sprzedawano je zaraz po sfermentowaniu. Wino zawsze rozcieńczano wodą, może dlatego, że były zbyt słodkie, zbyt gęste? Minęły wieki, a kult wina nie minął. Wprawdzie nie jest już ofiarą składaną bogom, ale pozostało lekarstwem dla duszy i ciała. Przemysł winiarski stanowi dziś potężną machinę produkującą wino w ogromnych ilościach i wielu rodzajach. Jednak jakie ma to znaczenie dla ludzi, którzy szukają w nim radości życia?
Ernest Hemingway. Ten utalentowany pijak z uporem powtarzał, że wszystko czego oczekuje od wina, to aby się nim cieszyć. Upiciu służyły inne trunki.
Coraz częściej myślę o winie jak starożytni. Nie tylko w kontekście terroir, koloru, konsystencji, nosa, struktury, smaku i finiszu. Nie piję go wyłącznie dla analizy i oceny. Dla punktów w skali.
Wiem oczywiście, że to wszystko ma znaczenie. Czyżby jednak starożytni wiedzieli o winie coś więcej?
Z pewnością. Myślę, że odnajdywali jego pierwotny walor. Pragnę tego samego. Dlatego coraz częściej piję wino z radością. I dla radości.

  Dominika Wojniak

IMG_0430.JPG

 

 

 

  1 komentarz  | 
  • veritas... - Użytkownik: steve, 2013-12-02 15:10:21
    Pone merum et talos, perat qui cristina curant
    Dajcie mi wino i kości, nich ginie myśl o jutrze

    Wergiliusz

2013-11-10 - Niegłupie pytania

IKONKI_!1.jpg Jan Hartman, filozof, nauczyciel akademicki (profesor UMCS), samosiejny kandydat na polityka (chciałby bezpośrednio, czynnie wpływać na Rzeczywistość), wydał książkę Głupie pytania, która jest zaproszeniem do wspólnej krótkiej podróży po ontologicznych i moralnych problemach, ważnych dla każdego z nas: "Czy istnieje Bóg?", "Jak odróżnić dobro od zła?", "Jak żyć?", itp.
Książka dla "laików", to jest ludzi niefilozofujących z racji profesji i zainteresowań, ale takich,
którzy w wirze codzienności znajdą odrobiną czasu, by usiąść z książką (Hartmana) i chwilę pomyśleć.
A podumawszy, może też z fragmentem swego życia coś zrobić.
Hartman zabawnie i genderowo poprawnie zaczyna książkę od apostrofy do... "Czytelniczki", ale na końcu, w podsumowaniu zwraca się jednak do "Czytelnika". Na szczęście. :)
Zostawiając żarty na bok - to książeczka ciekawa i pożyteczna, chociaż zdecydowanie lepiej czuje się Hartman, gdy pisze o problemach moralnych współczesnego człowieka i otaczającym go świecie, niż gdy usiłuje nam wyjaśnić meandry bytu i Bytu. Tzw. dowód ontologiczny istnienia Boga bardziej przystępnie objaśniał nam jednak Leszek Kołakowski....
Dlatego stawiam tu maly 
IKONKI__1.jpg.

Pisze Hartman, że przekleństwem współczesności jest i to, iż każdy chce mieć pogląd na każdą sprawę. Od poglądu do rzetelnej wiedzy jest jednak daleko. Polecam Głupie pytania dlatego przede wszystkim, że autor (znany z silnego ADHD i niepokorności) jest jednak dobrym, mądrym przewodnikiem
i warto przez chwilę 
iść z nim razem. Przekształcając niektóre poglądy w Poglądy. Niekoniecznie we wszystkim się z Hartmanem zgadzając. 

Jan Hartman, Głupie pytania, wyd. Agora SA, Warszawa 2013.
 

2013-11-03 - Teresa i inni

Zjawia się nagle, ni stąd ni zowąd.
Z powietrza nagrzanego słońcem, które wpada przez otwarte okno,
może z żółtego piasku na drodze, może z szumu parkowych liści,
może z uśmiechu mężczyzny, który podaje jej rękę, 
albo ruchu ramion kobiety, która stoi tuż przed nim. 
Z myśli przeczytanej, usłyszanej, złapanej.

Przemożna potrzeba układania wierszy.
Zjawia się i bywa, że zostaje.
Czasem nieporadna i biedna, czasem błyszczy jak krople deszczu na szybie.
Taki błyszczący wiersz przesłała mi Teresa Niezgodzka, którą spotkałem znów w Dąbku, a która
MUSI pisać, malować, robić wazony z butelek i sznurka i jeszcze
tysiąc innych spraw 
ogarnąć, dotknąć chociaż, musnąć przynajmniej.
Jej wiersz "Szukaj" dedykuję wszystkim poetom dnia codziennego.
Z dnia codziennego.

Z takiej też potrzeby wszystkie szymborskie, poświatowskie, miłosze.
Z takiej, nie innej. 

SZUKAJ

szukasz mnie w ekologicznym edenie
jestem wschodzącym słońcem tylko otwórz o świcie oczy
w każdym promieniu mnie zoczysz
jestem rosą na trawie
dźwiękiem pląsem na zabawie
jeszcze buja się mój duch na hamaku
jestem piórkiem bociana i ziarnkiem maku
liściem spadającym z drzewa wiatrem co się zrywa i śpiewa
jabłuszkiem w twoich dłoniach które niesiesz dla konia
dalej mnie szukaj nie martw się wcale
tylko odsłoń niebieskie wertikale
zobaczysz - jestem muszką na okiennym parapecie
zamazanym obiciem w prawym oknie
pająkiem pajęczyną co za szybą moknie
może pilotem od fotela w sali gimnastycznej
w terapii kłębkiem wełny elastycznej
jarzębiną na niskopiennym drzewie
może obłokiem księżycem sama nie wiem
rzęsą na oku konia mgłą nad stawem
jagodzianką lodem od babci by było ciekawie
w alei grabowej ławeczką zieloną
po zajęciach z Piotrem koszulką spoconą
słuchawką którą pieścisz dzwoniąc do domu
kromką chleba ciemnego którą podajesz komuś
bitą śmietaną puszystego racucha
niewidzialną parą która z wazy bucha
flagą z liściem dębu która przed Dworkiem trzepoce
literką T ze scrabbli co w woreczku grzechocze

photo1.JPG

Powstaje jednak pytanie, co robić z różnymi "wierszami" (i "poetami", powiedzmy raczej: piszącymi swoje wiersze)? Moim zdaniem: oceniać, podpowiadać, uczyć. Wedle ich miary.
Primum: non nocere. Czuję, że Potrzeba jest ważniejsza od Rezultatu.

Teresie, Krystynie, Magdzie i jeszcze Jadzi, Marioli, Ewie, Karolinie, Sławkowi, Robertowi, Agnieszce, Staszkowi, Ani, Jackowi, Dorocie, innym - pozdrowienia. r.

2013-10-07 - Hit the road Jack


Pisane w Dąbku

Świat można oglądać z dwóch perspektyw. Z góry i z dołu, co poniekąd odpowiada dwóm perspektywom malarskim: zwykłej, zbieżnej i odwróconej, rozbieżnej. Kto zna malarstwo zachodnie
i wschodnie ikonopisanie wie, co mam na myśli. W odwróconym sposobie pokazywania przestrzeni rzeczy dalsze - paradoksalnie - jawią się nam jako większe. Jeśli więc oglądasz świat z dołu, siedząc, największe jest dla ciebie to, co najdalsze. A dlatego, że nieosiągalne. Dalekie lądy, bezkresne oceany rozłożyły się w ogromnej kuli, ty zaś znajdujesz się w jej punktowym centrum i od ciebie rozbiegają się wszystkie linie świata. „Z dołu” znaczy też „nieruchomo”, o ile zaniedbamy drobne życiowe fluktuacje, ową krzątaninę, chaotyczne termiczne ruchy Browna, które przecież nigdy nie wyprowadzą cię poza granice ciasnej, ograniczonej przestrzeni: mieszkania, domu, paru ulic, kilku skwerów, placów. Patrząc na świat z góry jesteś, jak pisze Olga Tokarczuk, „biegunem”, spoglądając z dołu stajesz się jego przeciwieństwem, „antybiegunem”. Coś jak biegun północy i jego alter ego, stojący na głowie biegun południowy. Historię naszej cywilizacji piszą co prawda jedni i drudzy, ale to ludzie drogi, znikające punkty są bohaterami tych czasów.

Ludzie w ruchu, czyli wędrowcy, wanderers, nomadzi, pielgrzymi, odkrywcy, kupcy w karawanach, wojownicy-najeźdźcy, szukający chleba i szukający złota, niespokojne dusze, okrążający glob zgodnie z jego obrotami i w przeciwnym kierunku. Synowie Lucy, Polinezyjczycy, Dorowie, rzymscy legioniści, zmierzający do Ziemi Obiecanej, hordy Dżyngis Chana, Marco Polo, Magellan i Kolumb, konkwistadorzy, pasażerowie Mayflower i dyliżansów, grenadierzy małego Kaprala, pędzący zaprzęgi do Klondike, Stanley i Livingstone (dr Livingstone, I presume?), Gagarin i Armstrong, Kerouac i Chatwin. Przenoszą dobre (i złe) geny, zanoszą idee, transportują zboże, jedwab, oliwę, złoto, whiskey, narkotyki.

Ci drudzy to ludy osiadłe, rolnicy, garncarze i tkacze, strażnicy rogatek i domowego ogniska, rozbitkowie, więźniowie i exulowie, którzy może by i chcieli, ale nie mogą i ci, którzy zwyczajnie nie mają za co, myśliciele, krążący po jednej agorze lub spacerujący jedną i tą samą ulicą, ludzie Księgi i innych ksiąg, z kolei ci, którzy mają innych, by za nich świat zdobywali i podziwiali, dalej chorzy i kaleki, jeszcze leniwi, znudzeni, wreszcie tacy, którym najlepiej jest właśnie tutaj, nigdzie indziej. Kreteńczycy, Owidiusz i Horacy, cenobita Antoni, Heloiza, rezydenci Zakazanego Miasta, królowa Izabela, Robinson Cruzoe, Żelazna Maska, Immanuel Kant, Marcel Proust, Stephen Hawking i Christopher Reeve.

Hit the road Jack and don't you come back
No more no more no more no more,
Hit the Road Jack and don't you come back no more.
What'd you say?
Hit the road Jack and don't you come back
No more no more no more no more,
Hit the road Jack and don't you come back no more.

„Zabieraj się Jack i nie wracaj”, mówi kobieta do mężczyzny; jest w tym rozczarowanie i gorycz i tak jest u Raya Charlesa. „Jack” jak Jack Kerouac, z pokolenia bitników, któremu dedykowany był utwór. Ale ja wolę zwyczajne, bez historii, histerii i podtekstów: „Ruszaj w drogę, Jack”. Bo żadne wezwanie tak nie wypycha za próg, żadne nie wygania na szlak jak to.  Hit the road smaga jak bicz, jest w nim zapowiedź trudów wędrowania, ale jest też obietnica przygody. Nie wracaj, a twoje życie to droga. Ludzie, o których czytamy na kartach podręczników historii, odkrywcy, podróżnicy, badacze, wszyscy mieli na imię Jack. Świat przecież pełny jest także takich, którzy mają na imię Henry albo John. Którzy cierpią na dromofobię, lekkiej lub ciężkiej postaci, albo po prostu - lubią albo muszą siedzieć w domu. Mają tu, na miejscu do załatwienia tysiąc spraw, mają rodzinę, lumbago, konto w banku, ciepłą kołdrę i miękką poduszkę. Historia o nich nie mówi. Gdy pytają: what'd you say? i odwracają się, odchodzą, nikt o nich książek już nie napisze. A jeśli napisze, będą to zupełnie inne książki.

Mędrzec nie musi wyruszać z domu, by zdobyć krainę zmyśli, odkrywca (jeżeli nie jest badaczem odległych galaktyk i nie tkwi pod kopułą teleskopu) nie może w domu pozostać, jeśli ma rozszerzyć swój i nasz horyzont. Świat w biegu, trzeba przyznać, jest bez wątpienia ciekawszy, barwniejszy niż ten pozbawiony ruchu. Wszyscy (lub prawie wszyscy) chcemy podróżować, oglądać, zaglądać, nasycać się nowymi obrazami, barwami, chłonąć nowe dźwięki, zapachy i smaki.  Ale jeśli inna jest twoja heimarmene? Jeśli Los przeznaczył ci zamkniętą, ciasną klatkę zamiast swobodnych, bezkresnych przestrzeni. Jak wtedy mierzysz się ze światem?

foto: net

  1 komentarz  | 
  • droga Jacka - Użytkownik: Stev, 2013-10-07 18:51:21
    zapraszam do wszelakich ZK i Ąśl....do swiata zamknietych szpitali...a poważnie...jam jest, który jest...ja kocham...jak ci z filmu "Kamienne niebo", poruszam się jak aktorka - św. pamięci - Zofia Książek-Bregułowa w spektaklu :"Podróz do zielonych cieni" - gdybym Ci nie rzekł - nie wiedziałbyś, iz nie widzi od czasów Powstania Warszawskiego, a deski Teatru Wyspiańskiego w Katowicach to długie deski i obszerne....malowałbym jak Renoire u schyłku zywota przywiazanymi do rąk pedzlami bo sił juz nie ma... czy jak syn pewnej pieknej Zuzanny Valadon i napalonego Hiszpana , któren za jabola... brał pocztówkę z widokiem Paryża i tworzył arcydzieła, a zwali go - Utrillo...we mnie jest moc i siła i mimo swych ułomnosci przykazanie mam jedno - zawsze pomagać, nigdy nie szkodzić ( z tego wyprowadzisz wszystko) i nie drażni mnie, iz nie ma zawsze... i nie ma - nigdy...ono jest we mnie jak to niebo gwiaździste, jest we mnie jak Twe słowa z celi w Dąbkach czy Dębkach....jest....bo Ty jesteś...dlatego sobie radze z ograniczeniami...

2013-09-23 - Mówiąc (i myśląc) metaforą

George Lakoff to wybitny przedstawiciel tzw. językoznawstwa kognitywistycznego, które rozwinięte zostało (poczynając od lat 70. ub. wieku) w opozycji do tradycji transformacyjno-generatywnej Noama Chomsky'ego et cons. Któż o Chomskim nie słyszał? Według starego mistrza język można wydedukować (opisać go w sposób ZUPEŁNY) stosując pewne przepisy, schematy, matematyczne algorytmy. Oznacza to, z grubego grubsza, że wszystkie poprawne zdania w danym języku można wyprowadzić ("wygenerować") przy zastosowaniu słownika, gdzie owym algorytmem jest gramatyka (zespół reguł).

Okazało się wszakże, że język wymyślony przez Chomsky'ego i ludzi z jego szkoły jest tworem ubogim, kalekim, odległym od rzeczywistego tak jak nasze Słońce od centrum Galaktyki (wybaczcie tę METAFORĘ). Fakt faktem, język teorii standardowej nie opisywał, bo opisać nie mógł, takich na przykład zjawisk jak właśnie metafora. Chomsky tak naprawdę zajmował się językiem "bazowym", idealnym, w którym nie było miejsca na dziwadła, jak metafora, metonimia, nie było miejsca na wszelkie wynaturzenia języka, odstępstwa, a które są tak naprawdę jego immantentną częścią. One są tym językiem także, a może są nim przede wszystkim.

Czym jest metafora i dlaczego uwaga Lakoffa i innych skupiła się właśnie na owym językowym konstrukcie?
Wyjaśnienie jest proste i wynika z istoty naszego umysłu, jego możliwości i fukcjonowania,
a właściwie jego ograniczeń. Co takiego dzieje się w ludzkim pojmowaniu świata? Umiemy przyswoić sobie i opisać (jako tako) otaczającą nas rzeczywistość (stół stoi, auto jedzie, pies szczeka), nie umiemy jednak tak łatwo opisać świata idei, wyobrażeń. Bo czymże jest np. CZAS, jak zakomunikować, jak przekazać drugiemu człowiekowi pewne jego aspekty, cechy, wartości? Wprowadzamy więc metaforę CZAS TO PIENIĄDZ (RZECZ WARTOŚCIOWA) i mówimy naszemu przyjacielowi:
"I znów zmarnowałem tyle drogocennego czasu". Albo "Zaoszczędziłem tę godzinę i mogę oddać się błogiemu nieróbstwu". 
Możemy też użyć innego ważnego metaforycznego schematu CZAS TO PODRÓŻ i napisać przyjaciółce:
"W tym czasie tyle się wydarzyło" albo: "Upłynęła godzina i on nadal mnie nie pocałował" lub zastanowić się eschatologicznie: "U kresu czasu wszystkich czeka to samo".

Co więc robimy? Sięgamy do naszego DOŚWIADCZENIA, do otaczającego nas świata, do gestaltów i stamtąd bierzemy pojecia, stamtąd "wyjmujemy" nasz język. Z doświadczenia, nie z matematycznego algorytmu zastosowanego do zbioru elementów (słów) powstaje język. 
Pojawia się tu pojęcie psychologiczno-antropologiczne "gestalt", to jest Zespół Doświadczeń, jaki jawi się naszemu umysłowi. Postrzegmy bowiem rzeczywistość w formie pewnych całościowych wglądów, nie zaś jako sumę rozłącznych cząstek-zdarzeń.

Niektóre metafory są takim przełożeniem gestaltów na strukturę języka. Okazało się, że myślimy metaforycznie, że metafora nie jest zwykłym ozdobnikiem języka, lecz jego istotą i to ona (w różnych odmianach i postaciach) kształuje go.
"Powiedz mi swoje metafory, a powiem ci, kim jesteś". Nieprawda? Prawda.
Wzmiankowana formuła CZAS TO PIENIĄDZ jest metaforą świata Zachodu, ale na szczęście niektórzy ludzie Wschodu jeszcze opierają się takiemu merkantylnemu ujęciu.
UMYSŁ TO MASZYNA. "Musisz wciąż szlifować swój umysł". "Coś się panu dziś umysł zacina...". "Pani umysł nie funkcjonuje jak należy". Tak pomyśli i powie TECHNOKRATA.
A HUMANISTA, ten który umysł ludzki szanuje, dla ktorego UMYSŁ TO RZECZ KRUCHA I CENNĄ, pomyśli i powie: "Czuję się zdruzgotany", "Ona ma bardzo kruchą psychikę".

O tym wszystkim można przeczytać w klasycznej pracy George'a Lakoffa i Marka Johsona Metafory
w naszym życiu,
 w tłumaczeniu i ze wstępem Tomasza Krzeszowskiego, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2010 (oryginalna praca wyszła w roku 1980). 

IKONKI_!1.jpg Więcej Lakoffa: Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczneNie myśl o słoniu (dostępne po polsku).

Cassirer twierdził, że metafora to wyraz naszego doświadczenia. Wypada się z nim zgodzić.

Ten wpis na moim blogu toczył się na poziom emocjonalny, ale udało mi się wynieść go z powrotem na poziom racjonalny
To przykład wykorzystania (ontologicznej) metafory RACJONALNY TO GÓRA, EMOCJONALNY TO DÓŁ. Tak właśnie to działa (wszystkie przykłady za panami GL oraz MJ).

Kognitywizm

Konio co?

(ściągnięte z Fejsa Ani Leks).  

« Pierwsza  < 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 >  Ostatnia »