2012-10-14 - Inauguracje, czyli plusy i jeden minus

IKONKI_!1.jpg Dla obu akademickich inauguracji, w których dane mi byto uczestniczyć w ubiegłym tygodniu. Takie uroczystości bywają nudne, poważne i rozwlekłe. W chorzowskim oddziale WSB, a przede wszystkim w katowickiej ASP było inaczej, toutes proprtions gardées. Może sprawia to rodzinna atmosfera takich uczelni? Może przyczynili się okolicznościowi wykładowcy? WSB - generał Roman Polko (eksGROM), ASP - dr Piotr Rypson, wicedyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie. Osobiście zdecydowanie wolę obszary, w których porusza się dyrektor Rypson, ale przyznać muszę, że generał mówił ciekawie, a jego obecność była uzasadniona i wynikała z wprowadzenia nowej, intrygującej specjalności w chorzowskim WSB. 
Tutaj przytoczę jednak cytat z wykładu dr Rypsona. "Malarzy w USA jest dwakroć więcej niż inżynierów
i sześć razy tyle, co lekarzy. Osób malujących - co zlicza się poprzez farby kupowane w sklepach i hurtownach malarskich - jest coś około 3,5 mln, zaś profesjonalistów (jakoś tam dyplomowanych) - 600 tysięcy." A zatem - uczniowie i studenci, mężczyźni, kobiety i dzieci - do pędzli! Chyba warto, bo Amerykanie to naród praktyczny i za byle co się nie biorą, jeśli nie widzą w tym sensu ekonomicznego.

IKONKI__1.jpg Dla inauguracji sezonu (105. w ogóle, a 91. w niepodległej Polsce) w Teatrze Śląskim. Nie tyle dla samej uroczystości, która zawierała chwile wzruszajace, jak wręczenie "Czarnej perły" soroptymistek pani dyrektor Krystynie Szaraniec, ile dla sztuki, którą nam podano na deser.  To "Moja Abba". Żona spytała mnie, jakie jest zasadnicze przesłanie owego dzieła, na co znajduję jedyną odpowiedź: Nie chodzić do TŚl. Co jest przesłaniem nieco dziwnym, biorąc pod uwagę okoliczności. Cóż, po raz kolejny w Teatrze Śląskim rozczarowanie. A dysonans między oficjałką i częścią artystyczną (?) budzi oczywiste pytania, na które odpowiedzcie już sobie sami.
PS. Nie sama sztuka i nawet jej obecność na deskach Teatru mnie niepokoi, co żywiołowa radość, jaka zapanowała po opuszczeniu (przysłowiowym) kurtyny. Tu już kończy się niepokoj, a pojawia się groza.
PS 2. By nie było ponuro: nowa kurtyna Piotra Szmitke jest piękna. I znów (jak to w Katowicach) obraz przed słowem. Ech...

 

 

2012-10-10 - Koszutka, Mariacka i okolice 9. Siedząc

24 października, o godz. 17, w budynku CINiBA, za Wydziałem Nauk Społecznych UŚl., a przed Prawem (siła przed prawem) otwieramy oficjalnie (bo nieoficjalnie było już w maju) "Śląski Klub Profesorski". Zadęcie w nazwie niezbędne, ale chodzi po prostu o konwersatorium z udziałem środowisk akademickich. Konwencja raczej tradycyjna: wykład + moderowana dyskusja. Zainauguruje JM Rektor Wiesław Banyś speechem pod tytułem "Idee Uniwersytetu w XXI wieku". Tym samym nasze starania o znalezienie przytuliska w końcu dały rezultat.  Uniwersytet+CINiBA. Ojciec i matka. 
Tu powienienem podpisać: Krzysztof Wieczorek i Ryszard Lenc.

IKONKI_DOMKI.jpg

Ile już było miejsc?  Od 1977 roku (mniej więcej) niemało. Mieszkania prywatne, Ośrodek DA, sale i salki Uniwersytetu, zaplecze kina Zorza (sic!), ławki w parkach, Froda w Ligocie. Kogo mialem okazję posłuchać? Życińskiego, Opackiego, Bajerową, Zanussiego, Szymika, Dembińskiego, Trzeciakowskiego, Nawareckiego, Bralczyka, Bieniasza, wielu, wielu innych. Czasem było ostro, płyn fermentował, burzyło się, dymiło, czasem nieco nudnawo (to rzadziej). Kilka osób w mieszkaniu Gosi Witak (potem Waśniewskiej) i nabita po brzegi, że nie dało się oddychać, stara salka DA, gdzieś w okolicach roku 1985. Były także inwigilacje esbeków (szczypta martyrologii), bo to było nasze rodzime Towarzystwo Kursów Naukowych. W całej Polsce robiono mniej więcej to samo, tak samo (w Krakowie gospodarzem podobnych spotkań był kiedyś biskup Wojtyła).

Formuła akademickeigo konwersatorium, gdzie sternik - mentor, mistrz prowadzi, pokazuje kierunek, a wioślarze starają się utrzymać rytm sprawdza się wciąż i wciąż. Szeroko pojęta "interdyscyplinarność" - także.
A my ciągle mamy parcie i ciąg, by słuchać i - czasami także myśląc - gadać, gadać, gadać.

Wszyscy chętni mile widziani. Nie gwarantujemy miejsc w I rzędzie, tam siedzą Profesory, ale jakie to ma znaczenie?

2012-10-01 - Koszutka, Mariacka i okolice 8. Żaba

 

W sobotę, 29 września, moja buda, VIII LO w Katowicach (popularny "Pieck"), świętowała 140-
i 90-lecie powstania (90 lat temu założono pierwsze polskie klasy). Ta I data trochę naciągnięta, ale nie aż tak bardzo. Wychodzi na to, że "Pieck" (obecnie "Skłodowska-Curie") to najstarsza średnia szkoła w w Katowicach i pozostawia za sobą "Mickiewicza" i "Kopernika".
Daty, nazwy... tak to jest na Pograniczu, nie wszystko się zgadza, nie zawsze 2 i 2 jest 4.
O sukcesie szkoły decyduje genius loci. To i budynek, i nauczyciele, i uczniowie (potem absolwenci). 
Dziś o jednym z pedagogicznych filarów - przez jednych uwielbianym, w innych budzącym niechęć lub wręcz grozę - profesorze Józefie Żabińskim, "Żabie".

pieck2.jpg

Rialto, jubileusz

IKONKI_DOMKI.jpg

Żaba

budził grozę. Szczególnie nas, pierwszaków, jego osoba napełniała rzeczywistym, paraliżującym lękiem. Starsze roczniki, maturzyści, jak na przykład klasa Pawła Wieczorka, brata Krzysztofa – mojego kolegi, patrzyły na nas z politowaniem. Po trzech z górą latach większość z nich znalazła w końcu sposób na przetrwanie, a byli i tacy – dość liczna podobno grupa – którzy w lekcjach historii znajdywali jakąś przyjemność. Przyjemność, której wtedy nie rozumiałem, chociaż sam przedmiot nawet lubiłem i uczyłbym się go chętnie, gdyby...

No właśnie – gdyby. Starsi uczniowie, a szczególnie czwartacy, mogli w lekcjach profesora Żabińskiego znajdować to, czego nie można było wówczas wyczytać z kart podręczników. Powstanie styczniowe utopione przez carat we krwi, wojna z bolszewikami w 1920, aneksja przez Sowietów naszych ziem wschodnich we wrześniu 39. roku – to były tematy, w których można było coś niecoś dopowiedzieć bystrym, poszukującym prawdy młodzieńcom i dorastającym myślącym pannom.  
Ale nam, niedorostkom, pozostawało odkrywanie zagadek piramid, pokazywanie palcem na mapie szlaku Aleksandra i przebiegu wojen punickich, ślęczenie nad wyimkami z Herodota i Swetoniusza.
W edukowaniu dwóch niższych roczników koncentrował się Żaba na wdrożeniu uczniów w gorset twardej dyscypliny i wtłoczeniu do opornych głów solidnych podstaw.

Miał brzydki obyczaj pastwienia się nad niektórymi z nas. Gnębił wtedy podpadniętego lub podpadniętą uporczywie, z jakąś dziwną zawziętością, kalecząc w dodatku i przekręcając nazwiska – do dziś nie wiem czy niedostatek rozumu, czy pracowitości były kryteriami tej jego dziwnej selekcji. Może wyczuwał w takich osobnikach nieusuwalny ahistoryzm? Uwziął się na przykład na Jacka Czakańskiego, naszego błyskotliwego laureata olimpiad: fizycznej i chemicznej, zarazem ucznia bardzo, ale to bardzo niewrażliwego na uroki historii. Olimpijczyka obroniła jednak pozycja naukowej gwiazdy i nic tu Żaba nie wskórał.

Był wysokim, postawnym mężczyzną. Gdy szedł szkolnym korytarzem, widać było z daleka jego falującą czuprynę. Przechadzał się wolno, dostojnie, z dużym skupieniem patrzył pod nogi, jeszcze uważniej schodził ze schodów. Stawiał wtedy stopy szeroko, a rozsuwając kolana i odchylając się lekko do tyłu osiągał względne poczucie stabilności – był krótkowidzem i miał koszmarnego zeza.

W klasie patrzył na nas zza grubych szkieł okularów w rogowych jasnobrązowych oprawkach. Uśmiechał się z rzadka, a jeżeli już uśmiech pojawił się na jego obliczu – był to raczej sardoniczny grymas i na ogół nie wróżył nic dobrego. Oddajmy jednak Żabie sprawiedliwość – miał piekielną inteligencję i, może złośliwe, ale jednak znaczne poczucie humoru.

Każda lekcja miała swój określony porządek i rytm. Żaba wchodził do klasy, patrząc ­– jak zwykle – pod nogi, siadał za katedrą, na której stawiał swą przepastną starą skórzaną torbę, sprawdzał bardzo dokładnie obecność, wychwytując różne niezgodności i dłuższe pauzy w przyswajaniu wiedzy historycznej, po czym rozpoczynał rzeź niewiniątek. Wywoływał  skazańca na środek klasy, zadawał mu kilka pytań, a w tym czasie sprawdzał zeszyt badanego (próbowaliśmy podejść Żabę różnymi złotymi myślami, typu Historia magistra vitae, wypisami z „Antologii Palatyńskiej” i mniej lub bardziej udolnie naszkicowanymi wizerunkami Klio, jednak starszy pan był nieprzemakalny na takie zagrywki). Brak odpowiedzi, bełkot lub wypływanie na szerokiego przestwór oceanu kwitował ironicznym grymasem od ucha do ucha, po czym zaczynał szukać w klasie ofiary, która naprawi błędy swego poprzednika. I tu kolejna katastrofa – konia z rzędem temu, kto zgadł, kogo naprawdę wskazywał Żaba.

…Na przełomie mojej drugiej i trzeciej klasy Żaba odszedł ze szkoły. Był zbyt niezależny? Chodził własnymi drogami? My przecież odetchnęliśmy z ulgą. Słyszałem, że pojawił się potem w „Konopnickiej”. Spotkałem po latach Elżbietę, jego córkę, także uczennicę naszego liceum. Uprzejmie wspomniałem, że jej ojciec był ongiś moim preceptorem w „Piecku”. Profesor Żabiński nie żył już wtedy od dawna.
Le style c’est l’homme. Ale to pojąłem już później.

Ryszard Lenc, matura 1974 (pisane kiedyś tam do biuletynu szkolnego).

Dopiszę jeszcze kiedyś parę pikantych anegdot o Żabie. Le style c’est l’homme. 

  1 komentarz  | 
  • Autokomentarz - Użytkownik: r, 2012-10-01 22:19:43
    Dla Jurka S. :)

2012-09-20 - Kosz ułomków. Gautama

IKONKI_KOSZYK.jpg Dla mędrców buddyjskich, a zapewne dla samego Gautamy świat, jaki z doświadczenia znamy, jest tylko nieszczęściem i bólem, wyzwolenie czy zbawienie na tym jeno polega, by go porzucić.

W: Leszek Kołakowski, Leibniz i Hiob.

  1 komentarz  | 
  • Wiliam - Użytkownik: Stiv, 2012-09-21 11:25:18
    Tyleż ze smutku, co z radości
    Stworzono każdej duszy włości;
    Tam, więc, gdzie teraz smutek gości,
    I radość pomknie ku wolności.

    Wiliam Blake

2012-09-13 - Stefan, podróżnik polski nizinny

Stefan Orzechowski, kolega mój, członek sławnej z mądrości i wyjątkowego gadulstwa międzynarodowej, a wywodzącej się z Katowic internetowej grupy "Bleblandia", psycholog więzienny, autor wierszy, już niestety emeryt, ale przed wszystkim podróżnik po Polsce mało znanej, a bardzo pięknej zawitał w tym roku na wschodnie rubieże, odwiedzając swych trzech przyjaciół, których los zagnał w tamte strony. Nazwał to "Krucjatą Ściany Wschodniej", co brzmi może nieco ryzykownie.
Kto jest na liście mailowej Sfetana, ten dostał pakiet dziewięciu listów. Podróż rozpoczęła się w Siedlcach, zakończyła nad Biebrzą.
Z długiej, przetykanej anegdotami, zdjęciami, dygresjami, meandrującej opowieści wybieram krótki fragment o Tykocinie, kapkę skracając i obcinając wykrzykniki oraz multikropki (Stefan to przykład człowieka, który jak mówi, tak pisze, co jest właściwe urodzonym gawędziarzom).

"Białystok był  przybudówką do Tykocina, a to za sprawą mariaży rodziny Czarneckich, Branickich i Poniatowskich. Tykocin rządził, a Białystok był składem i zapleczem magazynowym. Podobnie jest z sejmem i posłami... Tak to zreszta jest, jak osiemnastka (Izabela Poniatowska) wychodzi za 59-latka (Jan Klemens Branicki)  z miłosci, a nie dla pieniedzy... Co zostaje?... (dlatego odrzuciłem wszystkie podobne propozycje) ...odbudowa i stawianie wież i dzwonnic, i pała-cyk(a)... ale za to jakiego!  
Wersal Podlasia - tak go zwano. Ogladaliśmy więc miasto dwa dni, ale w sentymentalną podróż Hiacynt zabrał nas do Tykocina... Cóz za widoki, klimat i przeżycia! Tykocin, podobnie jak obecna stolica Polski (i wiele co znaczniejszych miast), był lokowany na prawie chełmińskim, co dla miast było korzystniejsze od np. prawa pruskiego; zresztą była to odmiana prawa magdeburskiego, a to już było coś! 
Tykocin w XVII wieku miał jeden z najpotężniejszych zamków w Europie, a ostatni z Jagiellonów i Stefan Batory mieli tam skarbiec królewski i zbrojownię królewską. Zamku nie ma, budują de novo atrapę jak w Trokach, na szczęście rzeka Narew została. 
Miasto, głównie dla mnie, było i jest przykładem tolerancyjnosci religijnej i kulturowej. Pół miasta było żydowskie, pół polskie. Byli też wyznawcy prawosławia ze swą cerkwią i wyznawcy islamu w postaci wojsk tatarskich sprzymierzonych z polską armią. Nikt nikomu bomb nie podkładał, a i dziś potomkowie żyją zgodnie, żeniąc sie miedzy sobą. Wsłuchiwałem się w mieście i na rynku w "różne zaśpiewy językowe", czegoś tak pięknego, pewnie za życia, już nie usłyszę w kraju...
Obejrzeliśmy jedną z największych w Polsce, z zachowanych, synagog. Bajka!".

Synagoga_Tykocin.JPG

Tak dalej, Stefan. Ruszaj znowu w drogę! Hit the road! Takich podróżników polskich nam trzeba. Bruce Chatwin byłby z Ciebie dumny. Nawiasem mówiąc - znasz Patagonię Chatwina? Bajka!

  3 komentarze  | 
  • wędrówki - Użytkownik: Małgorzata, 2017-05-06 18:47:20
    ... Od ubiegłego roku jestem, jak to nazwałeś, na liście mailowej Stefka, i z wielką przyjemnością czytam te świetnie napisane, opatrzone zdjęciami reportaże z wędrówek po kraju ...
  • Tykocin - Użytkownik: Stiv, 2012-09-17 21:16:02
    Nie zamieściłem zdjęć zamku gdyż byłem zbulwersowany tym co zrobiono z ruinami.
    zamierzam kontynuować zwiedzanie ściany wschodniej, tym razem "w dół"... na trasie, tak gdzieś... Zamość - Przemyśl. Dzięki za miłe słowa Rychu! Wiedziałem, iż jestem gadułą, a nie wiedziałem (że za A. Kempisem powiem) że gawędziarzem też...
    Stefan.
  • Zaproszenie, test - Użytkownik: R. Test, 2012-09-14 09:18:13
    Od dzisiaj można dodawać komentarze. :)
    Teksty zawierające wulgaryzmy, sprzeczne z dobrymi obyczajami będą usuwane.
    Moduł jest obecnie testowany. RL.
« Pierwsza  < 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 >