2013-06-07 - Koszutka, Mariacka i okolice 15. Bridż

To była cudowna mania.
Niedorostkiem będąc, na wakacjach siadywałem na piątego za plecami pana wczasowego lub wczasowej pani i (prawie nic nie rozumiejąc) z zapartym tchem śledziłem, wdychałem, wchłaniałem:
"dwa kara, cztery piki..., gra w piki daje wyniki, kontra, i re!, pas, no ja też pasuję, szanowny pan się wykłada, byle nie na tej pani, ha, ha, ty idioto, z czymś takim podnosisz do czterech, przecież sygnalizowałem niską blotką, buch król na damę przy walecie, i co? dziesięć lew jak w pysk, więc mamy partię i robra, pan płaci za tę panią? ja więcej do bridża z panem nie siadam, kto pali carmeny?".
Wreszcie w czasie deszczowych dwóch tygodni w Zakopanem ojciec wyjaśnił mi jak umiał, choć umiał nie za wiele, jak mozolnie acz skutecznie dojść do owych dwóch kar, a nawet niebotycznych czterech pików, i od tej pory ja sam stałem się karcianym maniakiem, szczepiąc potem namiętność kolegom z licealnej klasy. Poszłooo...
W Piecku, na studiach i jeszcze długo potem. Culbertson, Wspólny Język i ten okropny Silny Pas, impas i ekspas (kto grał, wie o czym piszę). W oparach tytoniowego dymu, przy szklaneczce whisky. Poszukując już nie czwartego, a ósmego do brydża, bo gra w kólko przestała nam wystarczać i musielśmy teraz
r y w a l i z o w a ć. W parze z Kazikiem Kuniszem i Olkiem Bródką (pozdrawiam), w drużynie z Adamem Żmudzińskim, późniejszym mistrzem świata (szacunek). Z żoną, którą doprowadziłem w końcu do jakiego takiego rozumienia zasad licytacji i nawet rozgrywki. Na "maksy" na Podsadzkach i na Grabowej. Niestety na ogół na ostatnich miejscach, choć bywały też małe, malutkie sukcesy...
A w końcu mi przeszło. Tak jak minęło, odeszło i mało kto już z młodych ludzi wie, jak grać w BRIDŻA.
Ale może w sanatoriach, w kurortach, w Rewalu, Bukowinie, Krynicy eleganccy starsi panowie i nie mniej eleganckie panie ustawiają wieczorem na werandzie stolik, przysuwają wygodne fotele, zanurzają w filiżankach torebki herbaty i znów słychać:
"dwa kara, cztery piki..., gra w piki daje wyniki, kontra, i re!, pas, no ja też pasuję, szanowny pan się wykłada, byle nie na tej pani, ha, ha, ty idioto, z czymś takim podnosisz do czterech...".
Tyle, że już nie palą i zdecydowanie mniej piją.

"Mania (Wikipedia) - zaburzenie psychiczne (nie choroba sensu stricto) z grupy zaburzeń afektywnych charakteryzujące się występowaniem podwyższonego bądź drażliwego nastroju. Stany maniakalne zazwyczaj opisywane są przez pacjentów jako doświadczenia przyjemne; sprawiające, że czują się szczęśliwi."

2013-05-19 - Pieśń o wierzbie

Renée Fleming jako Desdemona śpiewa Otellu Verdiego przejmującą Pieśń o wierzbie, a ja wsłuchując się w jej głos patrzę na łoże-postument, na kórym siedzi, i masywne kolumny za jej plecami. W przerwie te kolumny wnosiło bez wysiłku paru pomocników realizatora. Widziałem to przed chwilą, bo w transmisji online z Metropolitan Opera jest także czas na pokazywanie tego, co dzieje się w antraktach.

Oko kamery przesuwa się teraz po kamiennej nawierzchni kolumn i widzę fakturę, spękanie bloków skalnych, odpryski zaprawy w spojeniach.

Po paru dniach oglądam w Bielsku robota, przygotowanego przez firmę Interakcje (pozdrawiam) dla potrzeb pewnego postindustrialnego wydarzenia. Robot ma w ręku stare wiertło. Kręcę korbą, wiertło mozolnie obraca się, trzeszcząc i skrzypiąc. "Wiertło wytoczono z drewna i pomalowano specjalną farbą, która udaje rdzę" - wyjaśnia autor pomysłu.

Oglądam ostatni, dogrywkowy odcinek mojego ulubionego serialu, "Łabędzi śpiew House'a".  Hugh Laurie opowiada o realizacji odcinka, w którym ginie Amber. Rzecz dzieje się w autobusie. Szkielet autobusu zawieszono na specjalnej konstrukcji, samochód obraca się, do środka wsypuje się plastikowe szkło, wlewają strugi wody, aktorzy spadają, umocowani (później niewidocznymi) linami.

Siła iluzji. 

Moja babcia siedząc na przyzbie i patrząc w dal widziała przekrzywiony płot, kota, kładkę na strudze, zagajnik.
Widziała to, co było. 

(foto internet: R. Fleming  jako Desdemona w MET)

2013-05-11 - Kosz ułomków. Magia i etyka

IKONKI_KOSZYK.jpg

"[W dawnym Egipcie] do grobu wkłada się nieboszczykowi Księgę Zmarłych zawierającą w rozdziale 125 tzw. spowiedź negatywną, która polega na stwierdzeniu, że zmarły nie popełnił takiego czy innego grzechu. 'Nie postępowałem niesprawiedliwie wobec ludzi. Nie dręczyłem zwierząt. (...) Nie czyniłem niegodziwości. Nie napadałem. Nie byłem chciwy. Nie kradłem. Nikogo nie zabiłem...' [Deklaracje te] mają moc sprawić, że ominie go kara za złe czyny, nawet jeślby takich w rzeczywistości nie popełnił.
Z biegiem wszakże czasu z tego, co było początkowo magią, rodzi się etyka. Ważne staje się to, jakim człowiek jest naprawdę, a nie na jakiego wygląda".
Anna Świderkówna. Życie codzienne w świecie greckich papirusów. PIW, Warszawa 1983.
W rozwoju człowieczeństwa to przejście z magii do etyki jest kluczowe.

2013-05-08 - Koszutka, Mariacka i okolice 14. Soczewica raz!

IKONKI_DOMKI.jpg Soczewica ze szpinakiem

Przepis z wegetariańskiego „Złotego Osła”, ul. Mariacka 1 - od Marioli Poddemskiej, którą tutaj serdecznie pozdrawiam.

            (proporcje, przygotowujemy zawsze blachę potrawy)
            0,5 l bulionu warzywnego (marchewka, pietruszka, seler, por)
            2 szklanki soczewicy
            1 kg szpinaku
            curry
            4 cebule
            kawałek świeżego imbiru (niekoniecznie)
            płatki chili
            sól
            olej do smażenia

Soczewicę zalewamy bulionem, dodajemy przyprawę curry i gotujemy 15 minut pod przykryciem. Odcedzamy. Cebulę siekamy i podsmażamy na oleju razem z chili, można dodać imbir. Łączymy ze szpinakiem, dusimy do miękkości. Soczewicę mieszamy ze szpinakiem, solimy.
Od siebie, semi-wegetarianina od pół roku, dodam: Dobre, jadłem w "Ośle" (ulubionej jadłodajni wielu katowiczan).

  1 komentarz  | 
  • i najważniejsze... - Użytkownik: Stiv, 2013-05-11 13:13:36
    i najważniejsze, iż szpinaku nie musimy szukać i zbierać na nasypach kolejowych...

2013-04-28 - Hit the road Jack?

Świat można oglądać z dwóch perspektyw. Z góry i z dołu, co poniekąd odpowiada dwóm perspektywom malarskim: zwykłej, zbieżnej i odwróconej, rozbieżnej. Kto zna malarstwo zachodnie 
i wschodnie ikonopisanie wie, co mam na myśli. W odwróconym sposobie pokazywania przestrzeni rzeczy dalsze - paradoksalnie - jawią się nam jako większe. Jeśli więc oglądasz świat z dołu, siedząc, największe jest dla ciebie to, co najdalsze. A dlatego, że nieosiągalne. Dalekie lądy, bezkresne oceany rozłożyły się w ogromnej kuli, ty zaś znajdujesz się w jej punktowym centrum i od ciebie rozbiegają się wszystkie linie świata. „Z dołu” znaczy też „nieruchomo”, o ile zaniedbamy drobne życiowe fluktuacje, ową krzątaninę, chaotyczne termiczne ruchy Browna, które przecież nigdy nie wyprowadzą cię poza granice ciasnej, ograniczonej przestrzeni: mieszkania, domu, paru ulic, kilku skwerów, placów. Patrząc na świat z góry jesteś, jak pisze Olga Tokarczuk, „biegunem”, spoglądając z dołu stajesz się jego przeciwieństwem, „antybiegunem”. Coś jak biegun północy i jego alter ego, stojący na głowie biegun południowy. Historię naszej cywilizacji piszą co prawda jedni i drudzy, ale to ludzie drogi, znikające punkty są bohaterami tych czasów.

Ludzie w ruchu, czyli wędrowcy, wanderers, nomadzi, pielgrzymi, odkrywcy, kupcy w karawanach, wojownicy-najeźdźcy, szukający chleba i szukający złota, niespokojne dusze, okrążający glob zgodnie z jego obrotami i w przeciwnym kierunku. Synowie Lucy, Polinezyjczycy, Dorowie, Żydzi zmierzający do Ziemi Obiecanej, rzymscy legioniści, hordy Dżyngis Chana, Marco Polo, Magellan i Kolumb, konkwistadorzy, pasażerowie Mayflower i dyliżansów, grenadierzy małego Kaprala, poszukiwacze złota pędzący zaprzęgi do Klondike, Stanley i Livingstone (dr Livingstone, I presume?), Gagarin i Armstrong, Kerouac i Chatwin. Przenoszą dobre (i złe) geny, zanoszą idee, transportują zboże, jedwab, oliwę, złoto, whisky, kokainę.

Ci drudzy to ludy osiadłe, rolnicy, garncarze i tkacze, strażnicy rogatek i domowego ogniska, rozbitkowie, więźniowie i exulowie, którzy może by i chcieli, ale nie mogą i ci, którzy zwyczajnie nie mają za co, myśliciele, krążący po jednej agorze lub spacerujący jedną i tą samą ulicą, ludzie Księgi i innych ksiąg, z kolei ci, którzy mają innych, by za nich świat zdobywali i podziwiali, dalej chorzy i kaleki, jeszcze leniwi, znudzeni, wreszcie tacy, którym najlepiej jest właśnie tutaj, nigdzie indziej. Kreteńczycy, Owidiusz i Horacy, cenobita Antoni, Heloiza, rezydenci Zakazanego Miasta, królowa Izabela, Robinson Cruzoe, Żelazna Maska, Immanuel Kant, Marcel Proust, Stephen Hawking i Christopher Reeve.

Hit the road Jack and don't you come back
No more no more no more no more,
Hit the Road Jack and don't you come back no more.

What'd you say?

Hit the road Jack and don't you come back
No more no more no more no more,
Hit the road Jack and don't you come back no more.

"Zabieraj się Jack i nie wracaj” - 
mówi kobieta do mężczyzny; jest w tym rozczarowanie i gorycz i tak jest u Raya Charlesa. „Jack” jak Jack Kerouac, z pokolenia bitników, któremu dedykowany był utwór. Ale ja wolę zwyczajne, bez historii, histerii i podtekstów: „Ruszaj w drogę, Jack”. Bo żadne wezwanie tak nie wypycha za próg, żadne nie wygania na szlak jak to. 
Hit the road smaga jak bicz, jest w nim zapowiedź trudów wędrowania, ale jest też obietnica przygody. Nie wracaj, a twoje życie to droga. Ludzie, o których czytamy na kartach podręczników historii, odkrywcy, podróżnicy, badacze, wszyscy mieli na imię Jack. Świat przecież pełny jest także takich, którzy mają na imię Henry albo John. Którzy cierpią na dromofobię, lekkiej lub ciężkiej postaci, albo po prostu - lubią albo muszą siedzieć w domu. Mają tu, na miejscu do załatwienia tysiąc spraw, mają rodzinę, lumbago, konto w banku, ciepłą kołdrę i miękką poduszkę. Historia o nich nie mówi. Gdy pytają: what'd you say? i odwracają się, odchodzą, nikt o nich książek już nie napisze. A jeśli napisze, będą to zupełnie inne książki.

Mędrzec nie musi wyruszać z domu, by zdobyć krainę zmyśli, odkrywca (jeżeli nie jest badaczem odległych galaktyk i nie tkwi pod kopułą teleskopu) nie może w domu pozostać, jeśli ma rozszerzyć swój i nasz horyzont. Świat w biegu, trzeba przyznać, jest bez wątpienia ciekawszy, barwniejszy niż ten pozbawiony ruchu. Wszyscy (lub prawie wszyscy) chcemy podróżować, oglądać, zaglądać, nasycać się nowymi obrazami, barwami, chłonąć nowe dźwięki, zapachy i smaki.  Ale jeśli inna jest twoja heimarmene? Jeśli Los przeznaczył ci zamkniętą, ciasną klatkę zamiast swobodnych, bezkresnych przestrzeni. Jak wtedy mierzysz się ze światem?

(dedykuję wszystkim niechodzącym lub tym, którzy chodzą ledwo, ledwo, a więc i sobie samemu)

Ray:

http://www.youtube.com/watch?v=0rEsVp5tiDQ

« Pierwsza  < 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 >  Ostatnia »