2013-09-15 - Koszutka, Mariacka i okolice 17. "Monopoly"

IKONKI_DOMKI.jpg

Magnetofon szpulowy i gramofon na płyty analogowe, zwany popularnie „adapterem”, nie były dane memu dzieciństwu i mojej młodości. Ktoś inny miał srebrno-szary, wielgachny magnetofon „Grundig”, cud techniki, z pokrętłem, którego upojny trzask na prywatkach (w prawo-w-lewo-w-prawo-w-lewo: w-przód-w-tył-w-przód-w-tył) jeszcze do dziś mam w uszach, ktoś inny – adapter z długim złocistym połyskliwym ramieniem i ciężką wirującą tarczą („Im cięższa tym lepsza. Ty, puść lepiej Jimmy’ego, mamy już dość Breakoutów”). Do innych należały też wranglery i oryginalne kurtki z szaberplacu. Inność zasadzała się w posiadaniu samochodu moskwicz, samochodu octavia, potem dużego fiata w kolorze yellow bahama, jednego, jedynego na podwórku; skórzanej piłki do nogi w sześciokąty, „bezszwowej”; zakrzywionego u końca kija hokejowego, zwanego pieszczotliwie „kryką” (cud, gdy kij taki pochodził z fabryki Smolenia, który „kije do samej Kanady wysyła”) i masywnych czarnych łyżew z czerwonym paskiem – „hokejówek”; radzieckiego radia na baterie, „jedynego, kurczę, takiego na całej plaży”; kolorowego telewizora marki „Sony” z ultranowoczesnymi  s e n s o r a m i  zamiast przycisków; gry planszowej „Monopoly” – trefnej zabawy rodem z piekła, z samego jądra ciemności; roweru wyścigowego marki „Huragan” ze szprychami tak cienkimi, że aż dech zapierało i czterema, czterema! przerzutkami; rakietki ping-pongowej „Stiga” z „profesjonalną, brachu, okładziną”.

Rowerek na trzech kółkach, a potem damka po ciotce, który „wyglądałby jak nowy, gdyby go pomalować”; zielone nartki do zjeżdżania ze stoku za kinem; miecz samurajski od ojca, co miał być wielką halabardą, a był niestety t y l k o  mieczem; mała, skromna kolekcja ołowianych żołnierzyków wymienianych z Piotrkiem (synem inżyniera Sz.) w czasie sennych niedzielnych popołudniowych wizyt towarzyskich; mała, niewymiarowa piłka z paskudnym szwem, który ranił nogę, gdy się niedobrze kopnęło, ale grało się nią całkiem, całkiem...; moje własne, domowe „Monopoly” z domkami i hotelami wyciętymi z tektury, kartkami: „szanse” i „więzienie”, ulicą Bond i ulicą Oxford; piękny francuski zegarek na I Komunię po babci, „z dwunastoma kamieniami”, który chodził żwawo jeszcze przez następne dziesięć lat; mały fiat ojca, w kolorze zgaszonej czerwieni, któremu przyglądałem się po całych dniach („do stu, nawet więcej, naprawdę”); magnetofon „Thomson”, co często się psuł, zacinał, charczał i warczał, ale na którym nagrywałem z radia Luksemburg Janis, Zeppelinów i Purpli; pierwsze spodnie „Levis”, true denim-blue, już na studiach, potem nawet „Lee” – beżowe, boskie, z cekinami, nie jakieś tam rifle-wycirusy; telewizor „Jowisz”, a w nim „Studio 2” w kolorach jak żywych, i Hopfer, i Walter, i Olimpiada; rakieta tenisowa „Dunhill” za własne, mozolnie zarobione pieniądze, drewniana, nie żadna tam aluminiowa; radio na biurku „Jubilat” z „Muzyczną pocztą UKF” (nareszcie), to biurko – jugosłowiańskie z tajną skrytką na papierosy „Benson” i „Lord”.

Świat rzeczy, przedmiotów. Własny świat, niczyj inny, mój.
Czasem szary, przymglony, siermiężny, ale mój. 

2013-09-08 - Lenz w Taizé

Nun will der Lenz uns grüßen
Von Mittag weht es lau.
An allen Bächlein sprießen,
die Blumen gelb und blau.
D'raus wob die braune Heide
sich ein Gewand gar fein
un lädt im Festtagskleide
zum Maientanze ein.

Lenz jest bardzo starym określeniem przedwiośnia.
A to jest dawna ludowa piosenka o przedwiośniu,
którą mi zaśpiewały w Taiz
é Bianca i Elisabeth...

W sierpniu pognało mnie do Taizé, do Francji. Po 20 latach.
Przedwiośnie zdarza się także w sierpniu.

20130827_120916.jpg20130828_142136.jpgDSCF7548.JPG

20130829_1415511.jpg20130830_220418.jpg20130831_210903.jpg

Założona przed 75 laty przez ewagelickiego duchownego br. Rogera (Roger Louis Schütz-Marsauche) wspólnota skupia obecnie stu braci i jest ośrodkiem ekumenicznym, w którym przez cały rok spotykają się młodzi (i trochę starsi także) ludzie różnych wyznań. W miesiącach wakacyjnych T. gości na raz od 2 do 4 tysięcy pielgrzymów (pobyty tygodniowe są regułą). To magiczne i dziwne miejsce. Są modlitwy, śpiewy, ale jest i czas na wino, kawę, francuskie naleśniki. I rozmowy, rozmowy.
W przyszłym roku rocznice: założenia zgromadzenia, urodzin i tragicznej śmierci brata Rogera.  
Raz w roku w różnych europejskich miastach organizowane są spotkania młodych pod duchowym patronatem T. - w tym roku czeka Strasbourg. 

Nada te turbe....
http://www.youtube.com/watch?v=go1-BoDD7CI

  2 komentarze  | 

2013-09-04 - Anne Fadiman albo esej poufały

IKONKI_!1.jpg Według słów Anne Fadiman okresem rozkwitu "eseju poufałego" był początek wieku XIX, gdy Charles Lamb pisał swoje Essays of Elia, a William Hazlitt Table-Talk. 

"Eseista poufały nie zwracał się do milionów, mówił raczej do jednego czytelnika, zupełnie jakby siedzieli sobie we dwóch przy ogniu trzaskającym w kominku, z rozluźnionymi krawatami" - pisze A. F.
w przedmowie do książki
W ogóle i w szczególe, eseje poufałe, wydanej w 2010 roku przez krakowski Znak, a przetłumaczonej przez Magdę Heydel. Eseje takie mieści również Exlibris, wyznania czytelnika, tegoż Znaku, też z roku 2010, w tłumaczeniu Hanny Pustuły i Pawła Piaseckiego, w erudycyjnym (jakżeby inaczej) opracowaniu Jana Gondowicza.

I ja siedziałem wygodnie, odpowiednio wyluzowany pod przyjaznym francuskim niebem, czytając
o historii brytyjskiej poczty, o produkowaniu i pałaszowaniu lodów, o łowieniu motyli i przemożnej - u co poniektórych - potrzebie klasyfikowania świata, o amerykańskiej fladze, o piciu kawy, o życiu "sów" i "skowronków". Sową jest Anne Fadiman, która najlepsze godziny ma około północy, a skowronkiem jej mąż George Colt, który najweselszy jest o świcie.  A jeśli A. F. pisze o poczcie, to nie tylko o jej wielkim reformatorze sir Rowlandzie Hillu (pierwszy wymyślił, że za list płacić powinien nadawca, a nie odbiorca; on to również wykombinował znaczek pocztowy - ten pierwszy, tzw. Penny Black był okraszony wizerunkiem królowej Wiktorii), ale także o pocztowych i listowych przygodach jej ojca i samej Anne
(z pocztą elektroniczną). Taki jest bowiem esej poufały - obok soczystej, uczciwej dozy faktów nt. przedmiotu, zawiera bardzo przyjemny ładunek własnych, osobistych historii, potyczek, przemyśleń. 
Jest to zatem lektura na miłe wakacyjne godziny, a ponieważ wakacje jeszcze właściwie trwają (do końca września, czyż nie?), więc zachęcam Was do lektury książek Anne Fadiman. W tej drugiej znajdziecie odpowiedzi na takie oto pytania:
  Jak 
w danym pomieszczeniu najefekywniej ustawić zbiór książek
  Czy w małżeństwie mieszać - jej i jego - książki na półkach
  Co to jest szmucpagina
  Jak nie należy, a może jak należy obchodzić się z książką (troskliwie/swobodnie)
  Czy można oprzeć się wewnętrzemu przymusowi poprawiania błędów językowych,
  przede wszystkim ortów, wszędzie i zawsze (no, nie jestem sam)
  Czy sonet jest nadal atrakcyjną formą literacką i dlaczego William Kunstler, przebojowy    
  amerykański adwokat (obrońca O.J. Simpsona)  m u s i  pisać sonety
A więc o książkach - o nich samych, o tym co wkoło i o tym, co w środku.

Jak widać, esej poufały jest bliski formie bloga poufałego, jest niewątpliwie jego wyższą ewolucyjnie formą. Nie mogę jednak przestać myśleć o pewnej ulotności i błahości e. p., dlatego na końcu tego b. p. stawiam Ms Fadiman malutki IKONKI__1.jpg, wiedząc, że jestem bardzo niekonsekwentny...

PS
"Ms" to forma obojętna; nie tak głupio jednoznaczna jak Mrs czy Miss i dlatego obecnie zalecana,
o czym pamiętajcie, pisząc do pań/dziewczyn mieszkających za Kanałem lub dalej. O tym także można przeczytać u A. F.

2013-08-18 - Gonzo i gonzo

Niebieskie futro, penisowaty, zawinięty w dół nochal, okulary (gdy je nosi) zakrywające pół twarzy, za nimi wyłupiaste, ciekawe świata oczy. To Wielki Gonzo (Gonzo the Great), Hydraulik i Mag Szołbizu. Hydraulika i Szołbiz maja przecież tyle wspólnego. Pamięta się jego zwariowane pomysły (Serowe flamenco), jego kurę Kamilę. Muppet Gonzo.

Gonzo.jpgAle "gonzo" to także nazwa, określenie specyficznej odmiany New Journalism. Samo słowo g. oznacza małego, sprytnego włóczęgę (w ulicznym slangu to także "cieć, stróż, menel") i jakoś pasuje, i do mocno świrniętego Muppeta, i do swobodnego amerykańskiego dziennikarstwa lat 60. i początku 70.

O tym dziennikarstwie, jego źródłach, autorach, legendzie piszą (ciekawie
i kompetentne, na ile mogę ocenić) w ostatnim, 41. numerze krakowskiego Ha!artu, "postdyscyplinarnego magazynu o kulturze współczesnej".

Grzegorz Kopeć definiuje pojęcie tak: "Jeśli istnieje przepis (twórcy i czytelnicy nie są zgodni), czym jest gonzo i jak należy pisać w tym stylu, to, moim zdaniem, polega on na połączeniu następujących składników: narratora, który jest jednocześnie bohaterem opowieści, unikania narracji historycznej i zastąpienia jej opisaniem konkretnej sytuacji, potoczności dialogów, dosadnego języka oraz szczypty faktów, która to wszystko wiąże w jedna strukturę". Do tego należy dodać obowiazkową, więcej niż szczyptę, porcję kwasu, meskaliny itd., itp., co kto ma pod ręką, podlaną obficie alkoholem. Czasem gonzo penetruje środowiska LGBT, zahacza o tematykę gender (lata 60.-70., więc to pierwsze coming outy), chętnie zagląda do miejsc-ikon luksusu, kapitalistycznego rozpasania i demoralizacji (Las Vegas). Bliskie gonzo jest komiksowe ujęcie rzeczywistości i to jest dla mnie odkrywcze. Muszę wreszcie poznać komiks w jego non fiction odmianie. Sumując: subiektywne w miejsce (pozornie i fałszywie) obiektywnego.

Gwiazdą gonzo był Hunter S. Thomson, enfant terrbile dziennikarstwa, a datą narodzin g. (jakąś trzeba przyjąć) opublikowanie relacji H. S. T. z wyścigów konnych Upadek i demoralizacja na Derby Kentucky.  Ha!art drukuje ten i inne klasyczne teksty.  Znaczące nazwiska: Oscar Zeta Acosta, Tom Wolfe (znany także ze swych scenariuszy).

Dlaczego mnie to zainteresowało? Jest bowiem gonzo połączeniem dziennikarstwa i literatury. Gdy czytamy tekst gonzo, przypomina on bardziej opowiadanie (lub inną formę l.) niż obiektywną, suchą prasową relację. Na przykład zamiast zdystansowanego wywiadu - potoczyste rozmowy, pijackie monologi, obelgi, pokrzykiwania, zwierzenia, strumienie i rzeki, bajora. Wszystko, co obecne w "nowej" literaturze. Ma więc g. swój wkład do Wielkiej Świątyni Sztuki.

Źródeł należy poszukiwać w powieści pikarejskiej, łotrzykowskiej, w XVII- i XVIII-wiecznych sylwach. Nasz Pamiętnik znaleziony w Saragossie, albo przygody pana Paska maja coś z gonzo. W bliższych nam czasach gonzoidalny był Witkacy; w Stanach chętnie się przywołuje Djunę Barnes, potem Normana Mailera, Trumana Capote, Lestera Bangsa (tego od Beatlesów).

Teksty gonzo pojawiały sie w Rolling Stone, Playboy'u, New York Timesie. Pojawiały się, bo gonzo w czystej postaci to już przeszłość, a właściwie należałoby napisać inaczej: gonzo, z jego literackością, narratywnością, z jego luzacką kreacją jest już oczywistym składnikiem współczesnego dziennikarstwa. Przede wszystkim d. 2.0, internetowego, blogowego. Smucą się redaktorzy 41. numeru Ha!artu, że tak mało było gonzo w naszej Polskiej Dziennikarskiej Rzeczywistości, przed 89. rokiem i potem. Wcześniej zdominowanej potrzebą Kamuflażu i Kostiumu, później obowiązkiem Zdania Relacji z Przemian. Gdzie tu było miejsce na naćpanego faceta w obszernej hawajskiej koszuli wyłożonej na spodnie, z papierosem w lufce, smętnie zwisającej z kącika ust, flaszką wetknietą za pasek spodni, z oczami na przemian uważnie skupionymi i pijacko rozbieganymi? (Hunter Thomson, voila).

Nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wszystko GONZO. Są w magazynie teksty, które redaktorzy kwalifikują do współczesnej polskiej i obcej odmiany gonzo. Cóż, to zwyczajne "uczestniczące" teksty dziennikarskie, ani specjalnie lepsze, ani gorsze od wielu podobnych (znakomite są miniatury Helge Timmerberga).

To po prostu małe realistyczne opowieści. Co pokazuje proces asymilacji gatunków. 
Jest w H! klika świetnych artykułów przeglądowych. Kai Puto, Bartosza Stopla, ww. Grzegorza Kopcia, innych.

"There Goes (Varoom! Varoom!)

That Kandy-Kolored (Thphhhhh!)

Tangerine-Flake Streamline Baby (Rahghhhh!)

Around the Bend (Brummmmmmmmmmmmmmmm)."

To fragment gonzo reportażu o tuningowaniu aut w Kalifornii (uwaga: lata 60.). Cytat oczywiście za H!. Czy to Wam czegoś nie przypomina?

A oto przykłady innych tematów oryginalnych amerykańskich g. reportaży z tych lat: Ocieplanie wizerunku Ku-Klux-Klanu, Komiwojażer Avonu wśród Indian Amazonii. Niezłe tematy, prawda?

(foto Wielkiego Gonzo: net)

  1 komentarz  | 
  • krzyżówka - Użytkownik: Stev, 2013-09-10 21:07:45
    dla mnie gonzo to krzyzówka Colas Breugnon z Filpem Marlow'em, tym od Raymonda B. Chandlera - czyli ktoś kto kocha siebie w swiecie który go nie kocha, ktoś kto ma w nosie, ze ma wszystko w d....ktoś kto ma luz i dystans do swego jestestwa, jest przy tym dociekliwy by nie rzec - intruzywny ale słuzy to by byc twórczym, dać żyć innym i pomóc by umieli zyć z innym, ot co.

2013-08-07 - Kolchida

W tym roku popularnym kierunkiem wyjazdów wakacyjnych stała się Gruzja (wyjazdy komercyjne są dość drogie, lepiej podróżować na własną rękę). 

O Gruzji mówi się u nas już od dłuższego czasu. Piękne krajobrazy, świetne wino, przyjaźni ludzie. Uważana za ojczyznę winorośli, za kolebkę winiarstwa, podsyła nam od jakiegoś czasu wina naprawdę dobrej jakości (próbowałem, doceniam). Dwa najważniejsze szczepy to Rkatsiteli (białe) oraz Saperavi (czerwone).

Wschodnia Gruzja leży nad Morzem Czarnym (dawny Pontos, zwany też Morzem Gościnnym), sporą część kraju zajmują góry Kaukazu. Ma Gruzja starożytną historię i w przeszłości jej znaczna część zwała się Kolchidą. To gdzieś tutaj orzeł szarpał wątrobę Prometeuszowi, to tutaj w Aji, w ogrodzie Aresa wisiało na słupie złote runo, które potem wyprawa Argonautów zabrała do Tessalii, do domu.
Przypomnijmy sobie, jak to z runem było.


Jazon, syn Ajsona, buduje okręt Argo i skrzykując żądnych przygody i sławy herosów z terenu całej Grecji organizuje pod opieką Ateny wyprawę po złote runo barana, który kiedyś, dawno temu z Friksosem i Helle na grzbiecie, dwójką dzieci zagrożonych złożeniem w ofierze samemu Zeusowi, uciekł na skrzydłach wiatru z miasta Jolkos w Tessalii do Aji w Kolchidzie, którą teraz nazywamy Gruzją. 

Z dzieciaków ocalał mały Friksos, zaś Helle topiąc się w morzu dała nazwę Hellespontowi. Runo trzeba było przywieźć z powrotem do Tessalii z powodów: a) religijnych, b) rodowych, c), „bo tak się należy”. 
W antycznej Helladzie honor i dobre imię były ważniejsze od zdrowia i życia. Trzeba jednak runo siłą odebrać królowi Ajetesowi, który dał Friksosowi schronienie, zaś skórę barana (wnętrzności złożył w ofierze i zjadł) – to teraz moja własność! - powierzył zawsze czuwającemu smokowi-wężowi.

Dzielna drużyna niestrudzenie żeglując i przeżywając moc przygód, zabijając po drodze kogo trzeba, kogo trzeba uwodząc, cało uchodząc z uścisku ruchomych skał Bosforu ("Symplegady"), dociera do Kolchidy, na krańce Pontosu. Gdzie Jazon, wykazując nadludzką odwagę i siłę, prowadzi swą aristeję, zmagając się z bykami, wojownikami i smokiem, głównie dzięki pomocy zakochanej w nim po uszy czarodziejki, pięknej Medei (też z rodu Ajeta). Wydziera runo królowi i ucieka przed zorganizowanym natychmiast pościgiem. Ucieka z runem, towarzyszami i niebezpieczną, a wciąż zakochaną Medeą. Szlachtują brata przyrodniego Medei, Apsyrtosa, i tą samą, lub jak wolą liczni mitografowie i historycy inną drogą, przez Dunaj, Rodan, Adriatyk, Morze Śródziemne, pustynie północnej Afryki Argo dociera szczęśliwie do domu (jest wiele wersji powrotu; najbardziej dziwaczna zapędza Argonautów aż nad Zatokę Fińską).

Na tym jednak historia wcale się nie kończy, choć niektórzy uważali, że tutaj trzeba poprzestać, tu powiedzieć: stop.


Jednym z nich był Apollonios Rodyjski, którego Wyprawa po złote runo, czyli Argonautika wyszła w ub. roku po raz pierwszy po polsku w pięknym tłumaczeniu Emilii Żybert-Prucnickiej.
Jest Wyprawa przykładem nowoczesnego hellenistycznego eposu, który bardzo różni się od epickich dzieł epoki wcześniejszej. Choć to lektura bardziej może dla filologów i zdeklarowanych miłośników antyku - warto po nią sięgnąć.

IKONKI_!1.jpg
Apollonios z Rodos, Wyprawa Argonautów po złote runo (Argonautiká),
w tłumaczeniu Emilii Żybert-Pruchnickiej, Biblioteka Antyczna Wydawnictwa
Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2012. 


Ten wpis jest także kontynuacją niedawngo odcinka "Co znaczy tłumacz". Znaczy bardzo wiele.
Na żółto fragment Piątej Księgi, mojego nowego opowiadania.

 

Tak zapewne wyglądała pentekontera (50-wiosłowiec) Argo, którą herosi płynęli na Kolchidę i z powrotem (źródlo: net). A było to na 2 pokolenia przed awanturą pod Troją, czylli ok. 1250 r. p.n.e.
Dla tych, którzy lubią powieści historyczne, mam propozycję wakacyjnej lektury: Herkules z mojej załogi, pióra Roberta Gravesa (Ja, Klaudiusz, Mity greckie). O Argonautach w przystępnej formie.
PS. Graves wierzył gorąco w historyczne podłoże wydarzeń.

  1 komentarz  | 
  • Graves - Użytkownik: Stev, 2013-09-10 20:56:56
    na "Herkulesie z mojej załogi " - się chowałem, nic dodać, nic ująć, ale, ale - dodać zawsze cos mozna - np. "Sonety" Gravesa i fakt, ze cierpiał, iz nie był znany jako poeta bo takim chciał by świat go widział....a tu prozaik.....ale za to jaki prozaik!!!!...człowiek nigdy nie jest zadowolony z tego co ma.........
« Pierwsza  < 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 >  Ostatnia »