2012-11-03 - Koszutka, Mariacka i okolice 11. Kiedyś to ja byłem Ktoś

 

IKONKI_DOMKI.jpg Pani Zielińska, mama mojego kolegi, prężyła bawełniane firany. Już samo słowo „prężyła” budziło należyty respekt. Mały Zieliński, syn pani Zielińskiej, był w moich oczach osobą bardzo ważną – bez jego matki nie mielibyśmy przecież tak pięknych okien. Mieszkaliśmy na parterze i jakby to wyglądało, gdyby matka powiesiła firanki, zabrane wprost ze strychu, poskręcane i pozwijane, gdzie kratka nie była kratką, a geometrycznym dziwolągiem jakimś. Matka myła okna, prała zasłony i firany (robiła to raz w miesiącu) i posyłała mnie do pani Zielińskiej z tobołkiem, a potem po paru dniach po odbiór. Wdrapywałem się na ostatnie piętro, a ona prowadziła mnie do pokoju, gdzie leżały i stały ramy z gęsto powbijanymi wkoło gwoździkami i gdzie wszystko wracało na swoje miejsce. Dzięki tym ramom miała pani Z. swoje miejsce w szyku, miejsce w naszej społeczności, pozycję znaczącą. Co dobitnie okazywało się w Boże Ciało, gdy wszyscy prześcigali się strojeniu okien, budowaniu ołtarzyków z Panem Jezusem albo Panną Maryją, gdy jeden drugiemu patrzył w okna – które piękniejsze, które ładniej umajone.

Nie tylko z firanami chodziło się po okolicy.
Raz w tygodniu, w sobotę, mama robiła ciasto, wylepiała tym ciastem blachy i wysyłała mnie do piekarza. Każdej soboty tłumy malców, takich boroków jak ja, wędrowały tam i z powrotem – jak mrówki – między  naszymi domami a niskim budynkiem przy "Opcie", skąd żar buchał i gdzie rządził jegomość w białym fartuchu przysypanym mąką. Chodziło się po żur z buteleczką po śmietanie i jeszcze do magla, ale to już z matką - tam też było gorąco i za żadne skarby nie wolno było dotykać grubego kręcącego się wolno wału, z którego tylko chuda jak tyka pani maglowa albo jej gruba pomocnica potrafiły jednym zręcznym ruchem odczepić przyssane, przyklejone prześcieradło, ręcznik czy poszewkę. W maglu było miło i sennie, czas płynął powoli, dostrajając się do ruchu wału maglownicy, rozgrywały się po raz wtóry wszystkie osiedlowe historie, nicowały wszystkie zdarzenia. O tak, chodziło się, chodziło „za sprawami” – bo przecież jeszcze do sąsiadek „na pożyczki”, po sól, po cukier, po gumkę do weków, po kiszoną kapustę z beczki, bo my już nie kisimy, a „ta kupna jest dziś wyjątkowo wstrętna”, do sklepu po ćwiartkę masła czy parę kajzerek – i my, maluchy, byliśmy bardzo ważnymi osobistościami w naszych rodzinach. Bez nas zawaliłaby się ta misterna społeczna konstrukcja, no nie? 

(foto: internet)

 

2012-10-29 - ŚKP

IKONKI_!1.jpg IKONKI__1.jpg 29 października narodził się dla świata (taka hiperbola) Śląski Klub Profesorski. Było nieco pompiarsko, nadto profesorsko i wiekowo, i niestety kapkę nudno. Cóż, tak z oficjałkami bywa.
Po dowcipnym, skrzącym się cytatami wstępie Krzysztofa wykład otwierający wygłosił Jego Magnificencja Rektor, menedżer raczej niż myśliciel, który "Idee Uniwersytetu
w XXI wieku" potraktował zdecydowanie pragmatycznie, choć w tytule miał zapisane "teoria i praktyka". Było więc raczej o tym tutaj uniwersytecie u progu nowych czasów i sporo o - zaiste wielu, trudno ukryć - problemach szkolnictwa wyższego. Było o pani minister, o kolegach i koleżankach rektorach, nawet ładny passus o szansach ludzi niepełnosprawnych, ale moje pytanie o wpływ uniwersytetu na otoczenie sprowadził JMR do przedstawienia - niemałych, to prawda - aktywności uczelni w środowisku (Dusiołek?). Chapeau bas przed menedżerskimi talentami, osobistym wdziękiem i erudycją Profesora, chapeau bas, ja jednak chętnie posłuchałbym także dlaczego UNIWERSYTET jest -  być może jednym z niewielu - bastionów (czy to dobre słowo?) myśli i nowych oryginalnych idei. Cóż, może idee przyjdą, gdy okopiemy się solidnie i umocnimy szańce. Czy jednak nie zamkniemy im dostępu,
gdy szańce będą zbyt wysokie? 
Niech żywi nie tracą nadziei. Jeszcze będzie ferment, jeszcze będzie.

PS. Uśmiechałem się do siebie, gdy JMR z triumfem ogłaszał, że udało się w końcu zgromadzić
w jednym miejscu brać uczelnianą, by spotykając się i swobodnie dyskutując budowała transgraniczne przejścia. Tak, Krzysztofie, udało się. Nam.
 

 

2012-10-24 - Mariacka, Koszutka i okolice 10. Nie-Ślązak i nie-nie-Ślązak

Na kolejnym spotkaniu "koolinariuszy" (El Mexican - przyjemna nowa knajpka na Mariackiej) P. pyta nas (wie dobrze, że nasze rodziny nie są stąd), czy czujemy się Ślązakami, czy asymilacja przebiegła
u nas w sposób zupełny. Sam przyjechał do Katowic, gdy miał 7 lat, i od chwili zanurzenia w pyłowo-amoniakalnym powietrzu (był rok 1962) czuje pewną nieusuwalną idiosynkrazję. J. odpowiada, że co prawda jego rodzina ma kresowe korzenie, ale on sam wrósł już mocno w środowisko, w otoczenie (familia żony ma śląskie korzenie).

Zamyślam się. Ojca przyciągnął Śląsk na początku lat 50. ofertą pracy, mama zjechała w ślad za nim.
Oboje pochodzą z Małopolski, spod Miechowa (stary Miechów braci Bożogrobców leży na linii Kraków-Kielce). Pobrali się i wkrótce przyszedłem na świat. Kim zatem jestem? Jestem katowiczaninem, 
to pewne, choć porodówkę zaliczyłem w Bytomiu. Rodzice przywieźli noworodka do małego jednopokojowego mieszkania przy ulicy SDKPiL na Koszutce. Ale czy jestem Ślązakiem?
Żyję tutaj od ponad pół wieku, wśród tych ludzi, autochtonów, i ta ziemia, jej pokręcona, trudna historia, a także jej - zmieniająca się nieuchronnie wraz ze mną - współczesność są mi bliskie. 

Ale moja dusza często wędruje tam, pomiędzy czapelskie i przesławickie pagórki, na pszeniczno-makowe pola i jesienne rżyska, chowa się
w wapiennych jarach i leśnych wykrotach.
Kocham miasto, jego oddech, szum i dźwięk, ale nie mam miejskiego rodowodu i zawsze odczuwać będę tęsknotę za szerokim
i przestrzeniami, za horyzontem
z ciemną linią lasu, za jednym starym samotnym dębem, za letnim sennym wieczorem i zapachem wrześniowych ognisk, do których wrzucono dopiero co ukopane ziemniaki.

 Foto: Czaple Wlk. Tyle oto zostało ze świetnego kiedyś dworu  Popielów... (źródło: internet)

20121020_162103.jpg

 Czaple Wlk. Na tym pagórku urodziła się Mama. Domu (i śliwkowego sadu) nie ma od dawna.

Adam Zagajewski Lekkiej przesadzie pisze o sobie, dziecku ludzi wysiedlonych, i swoich snach
o pozostawionej za sobą - w przestrzeni i czasie - krainie. Moi rodzice nie zostali przesiedleni, sami, nieprzymuszeni opuścili rodzinne  strony. Mogli wracać, odwiedzać - rodziny, domy, groby. Ale utrata pozostaje utratą i moje sny także wędrują. Prowadzone - dyskretnie - za rękę przez wszystkie moje lektury, przez obrazy, filmy, muzyki, ten mój chyży statek, który port macierzysty ma jednak gdzieś tam, "w Polsce", wśród pól, łąk i lasów, a nie tu, "na Ślunsku", pośród hałd, familoków, kominów... Je ne sais quoi jest bardziej tam niż tu i nic na to nie poradzę.

 

2012-10-21 - Konfrontacje

20121020_160919.jpg

W czas Wszystkich Świętych zdarza się nam odwiedzić miejsca, w których nie byliśmy od lat. Tak i ja trafiłem
w sobotnie słoneczne, październikowe popołudnie pod starą kuźnię dziadka Jana Lenca, którą potem przejął jego syn,
a mój stryj, Leopold (zwany Polkiem). Kużnię tę opisałem kiedyś w opowiadaniu "Portret Tomasza Listera" tak:

Przesławice ciągnęły się wzdłuż wąskiego cienistego gościńca, po jego prawej stronie – patrząc od Czapel – płynęła senna, mulista Szrenica, obrośnięta łozami i szarymi olchami, po lewej, na zachodniej łagodnej skarpie rozłożyły się domy, poukrywane wśród starych jabłoni, grusz i śliw. Dom z szarej cegły, nieotynkowany, zbudowany tuż po wojnie był nasunięty na stojącą tuż przy drodze kuźnię. Dziadek [...] był znanym w okolicy kowalem i fach przekazał synowi Polkowi, bratu Dzidka. Stryj odziedziczył wszystko: dom, kuźnię i parę hektarów, a jego dwaj bracia wyjechali do Krakowa i na Śląsk szukać swego szczęścia w mieście. „Majorat”, śmiał się ojciec. „Całkiem rozsądnie”. 

Kuźnia ciekawiła Janka [bohater opowiadania - rl], od kiedy jako mały chłopiec przyjeżdżał tu na wakacje z matką albo ojcem. Lubił przyglądać się – rzecz jasna z bezpiecznej odległości – jak dziadek lub stryj wyciągają z paleniska żarzącą się sztabę, z której wyczarują za chwilę fragment żeliwnej bramy, ogrodzenia, a może nowy nóż pługa czy brony, zanurzają  t o  c o ś   w wiadrze z zimną wodą,
a  t o  c o ś  syczy i broni się rozpaczliwie, i całe pomieszczenie spowija mleczna, gęsta para. Przychodzili do kuźni chłopi z okolicy podkuć konia, wtedy dziadek wyciągał obcęgami stare ćwieki, wyrzucał startą podkowę i przybijał nową. I choć zwierzę obojętnie skubało trawę – chłopiec zawsze zastanawiał się, czy to bardzo boli i czy koń jest rzeczywiście taki dzielny. Zapach kuźni, półmrok, osmalone pniaki, wiszące na ścianach kleszcze, obcęgi, młoty, młotki, łańcuchy przywodziły na myśl miejsce tortur i kaźni...

Duża kuźnia okazała się niewielką szopą, teraz opuszczoną, zarosłą łopianem i pokrzywami, zamkniętą na przerdzewiałą kłódkę. Nikt tu już koni nie podkuwa, nikt prostuje lemieszy, nie kuje bram. Odeszło, przeminęło i jest tylko w mej zanikającej i płatającej już figle pamięci.

20121020_161023.jpg

"kuźnia"

 

  1 komentarz  | 
  • autochton? - Użytkownik: strv, 2012-10-26 22:33:55
    mam tak samo a nawet bardziej, mama trafila na Slask po Powstaniu Warszawskim a ojciec z Krakowa, kazde wiec - z innego powodu, urodzilem sie tu, w Katowicach a ciagnie mnie na Mazowsze i do Malopolski....takie atawizmy osobowosciowe, archetyp genetyczny....

2012-10-18 - Ladonna złotą jesienią

Od początku towarzyszą tej stronie "Ladonny". Pierwszą narysowała Sonia Hensler (pozdrawiam Sonkę, od kilku lat w Londynie), potem były Ladonny Karoliny, KBG_ladonna_v3.jpgasi, Ani...
Nową jesienną L. namalowała w Dublinie Basia Grzybowska. Na home page będzie wersja orange, tu panna fioletowa. Czy jest ktoś bardziej odpowiedni na jesienną porę niż tajemnicza Ladonna?

 

« Pierwsza  < 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 >