2012-07-13 - Lipiec, więc Borne. Dzień 12. albo informacja

Budzę się i włączam poranne wiadomości. Uderzony nawałnicą złych wieści (zawsze są złe) szybko naciskam czerwony guzik i zapadam w drzemkę.

W czerwcowym (kolejnym znakomitym) numerze magazynu "Książki" Gazety Wyborczej [2 (5)] znajduję rozważania Miłady Jędrysik na kanwie książki Jamesa Gleicka Informacja. Bit, wszechświat, rewolucja, a tam taki cytat: "Słyszę codziennie nowiny i owe zwyczajne pogłoski  o wojnie, zarazach, pożarach, powodziach, kradzieżach, morderstwach, masakrach, meteorach, kometach, widmach, cudach, zjawach, o miastach zdobytych, obleganych...". Czy napisał to ktoś zmęczony dziennikiem CNN albo porannym TVN24? Otóż nie. Te zdania zapisał w 1621 roku oksfordzki uczony Robert Burton. 

Minęło bez mała 400 lat. Bohaterowi mojego opowiadania Dr V. St. (Odra, 2009), doktorowi Stanisławowi Vetulaniemu, kierownikowi muzealnej pracowni konserwatorskiej imć Robert Burton jest chyba bardzo bliski.

"...Podpierając się laską, kuśtyka wzdłuż stołów konserwatorskich, przystaje przy sztalugach i stołach, zagląda nam przez ramię, od czasu do czasu rzucając nieśmiało, jakby w powietrze, krytyczną lub pochwalną (rzadziej) lakoniczną uwagę na temat postępów naszej pracy. Powszechnie przestrzegana jest zasada, by wyłączać w czasie tego porannego obchodu wszystkie radioodbiorniki, ponieważ informacje o tym, co kto komu, gdzie i jak bardzo, odtwarzane z lubością, deklinacyjnie i koniugacyjnie przez rozmaite rozgłośnie, wywołują lękowe skurcze na twarzy naszego szefa, widoczne drżenie jego lewej ręki i nasilenie chromania prawej nogi. Nie należy także kontynuować wcześniej rozpoczętych rozmów na tematy polityczne, ekonomiczne, społeczne i tym podobne, ponieważ wszystkie te sprawy nudzą i irytują doktora Vetulaniego. Nie cierpi też słów typu: sukces, kariera, sława, awans, pieniądze czy seks. Czyli tego wszystkiego, co nam zwyczajnym ludziom mrowi plecy, co w nas budzi podniecenie, rodzi napięcie. Słysząc strzęp, odprysk takiej rozmowy, zagadnięty o jego własne w tej materii przemyślenia, doktor cofa się bojaźliwie, trwożliwie ogląda za siebie, jakby szukał wsparcia u swojego anioła stróża lub geniusza, chowa chudą szyję z wystającą grdyką głęboko, głęboko gdzieś między ramiona, wychodzi z pokoju i zamyka się szczelnie w swoim pokoju".

Zamykam się i ja.

2012-07-09 - Lipiec, więc Borne. Dzień 8.

Dr Carl Simonton

Dr O. Carl Simonton

(nieżyjący od kilku lat) amerykański onkolog, radioterapeuta, twórca psychoonkologii - szkoły leczenia metodą nazwaną od jego nazwiska - Metodą Simontona oraz (wspólnie z Maulstbym) tzw. Racjonalnej Terapii Zachowań. Zauważył, że chorym na raka źle służą klasyczne programy radioterapeutyczne, oparte wyłącznie na leczeniu ciała. Zdecydowaną poprawę przyniosło natomiast równoległe leczenie duszy pacjenta. O wzajemnym oddziaływaniu układu nerwowego, hormonalnego oraz immunologicznego, czyli o psychoneuroimmunologii pisze dr Mariusz Wirga: http://simonton.pl/node/3

Prosta lecz trafna obserwacja, że myśli, wyobrażenia kierują naszym postrzeganiem świata i wpływają na odczuwane przez nas emocje legła u podstawy propagowania tzw. "zdrowego myślenia". W opozycji do myślenia negatywnego ("na pewno nie") nie jest to przecież banalne myślenie pozytywne, prowadzace do niepopartego faktami hurraoptymizmu ("na pewno tak"), lecz trzeźwe, racjonalne
"a może jednak tak?". Jest pięć kryteriów, które powinno spełniać takie racjonalne myślenie:

  • oparte jest na oczywistych faktach
  • pomaga chronić nasze życie i zdrowie
  • pomaga nam osiągać nasze bliższe i dalsze cele
  • pomaga rozwiązywać najbardziej niepożądane konflikty
  • pomaga nam się czuć, tak jak chcemy się czuć

Zauważono, że pomiędzy faktami a emocjami leży sfera myślenia, która kształtuje nasze (moje, bo ważne jest moje) postrzeganie świata, a więc także to, jak odnoszę się do swojej choroby. To zracjonalizowanie, odfetyszyzowanie, odśmiecenie świata ma być bramą do procesu zdrowienia. Terapeuta pracuje z różnymi sferami aktywności chorego: behawioralną, emocjonlaną, poznawczą, społeczną, fizyczną, starając się nadać im nową jakość.

Czy i kiedy metoda jest naprawdę skuteczna? Czy ma zastosowanie w takich chorobach jak SM? Do metody w ciągu pięciu krótkich sesji próbowała przekonać (także mnie) Iwona Nawara z Krakowa. Wychodzę z ostatniego spotkania po raz kolejny przekonany o konieczności holistycznego patrzenia na człowieka i jego chorobę, ale mnie, weterana terapeutycznego jeszcze z lat 70. i 80., znów dręczy myśl (Myśl!), że psychoterapia jest często bezsilna w obliczu konkretnej życiowej katastrofy. 

2012-07-03 - Lipiec, więc Borne. Dzień 1.

J miała dwa rzuty, jesienią i zimą, i w Bornem już nie pojeździ na rowerze. Nawet nie chodzi bez kuli.
M całkiem padł po jakimś rozluźniającym leku, z roku na rok gorzej, wersja postępująca, najgorsza; był w czerwcu, więc wieści przez K.
A (on) w formie, jego czerwcowy rezonans też w formie.
A (on II) już nie bierze, ta kasa ich przerosła. Miał incydent, tak bywa po odstawieniu.
A (ona) kuśtyka jak zawsze, ani mniej, ani bardziej. 
W jak dawniej robi szybkie kółka wokół placu i znów będzie najlepszym sportowcem.
Młody (własnie obronił pracę mgr) już z tym piąty rok, a tutaj po raz pierwszy. "Koledzy z roku zrzucili się".  
Jeszcze J II i W, ładne pierwszaki.
Wczoraj krótko, chaotycznie o tym wszystkim, wieczorem na tarasie.
Raczej unika się rozmów, kto, co, kiedy, dlaczego.
Taka umowa. Ale czasem nie da się nie pogadać. 

 

Ze strony internetowej Centrum przepisuję wiersz Agaty Augusiak, kuracjuszki jak ja. 

PIETA

Na brzegu łóżka

We włóczkowym berecie

Usiadła Matka Boska

 

Siedzi i milczy.

Wszystko już przecież powiedziała:

Że kot sąsiadki się pochorował

Że pod balkonem zakwitła miodunka

Że podwyższyli za gaz

Że we śnie przyszedł wujek Karol

Jak żywy

 

Siedzi i milczy.

Wszystko już przecież powiedziała.

 

W ogóle nie myśli

O mającym wkrótce nastąpić

Wniebowzięciu.

 

2012-06-25 - Koszutka, Mariacka i okolice 3. Antena

Euro. Siedzę rozparty przed telewizorem albo sączę zimne duńskie piwo przed telebimem na placu przed Spodkiem. Luz, naszych już nie ma. Teraz Xavi i przyjaciele.

IKONKI_DOMKI.jpg

Pierwsze futbolowe wspomnieinia mam z roku 66. Pierwsza w polskiej telewizji transmisja z mistrzostw świata. W urugwajskiej bramce Polak-niePolak, Mazurkiewicz. Może jednak Polak? Angielskie błoto, w błocie przebiera bezradnie nogami Brazylijczyk, niejaki Pele. To nie są jego mistrzostwa. Jego jeszcze będą, za 4 lata. Półfinał. Kamanda ZSRR przegrywa. To niemożliwe... Finał. Sekundy do końca, o Jezu, gol... Mój stryj Jan wniebowzięty (później odkryję jego germanofiię), ja - zmartwiony, zrozpaczony. Ale za chwilę nastroje odwracają się. Gol! Był czy nie? Wątpliwości po dzień dzisiejszy. I jeszcze jeden! Hunt i Hurst. Mijają cztery lata. A figa. Bracia Czesi, bracia Słowacy mają, a my co? Chyba że ktoś załatwił (kupił-zrobił) maxiantenę, skierowaną na południe. Więc tylko z odtworzenia oglądam innego Pelego. Potem siermiężny, nasz, nasz Górnik (Taka Roma mamy doma) i dekada polskiego piłkarskiego cudu, który już się nie powtórzył (co wedle rzymskich kanonów zasługuje tylko na beatyfikację), a potem nudna długa teraźniejszość, więc nie ma o czym pisać.

Mój idol.
Boże, ile było tych podwórkowych meczów. "Gongała" i Andrzej W., najlepsi dryblerzy, poza tym łobuzy. A. W. umarł niebawem na raka. Tibor, "Tibi", syn węgierskich przesiedleńców z 1956 roku, kibic MTK Budapeszt (gdzie są ci węgierscy piłkarze?); utopił się już po studiach. Bracia Sz., mały i duży, zniknęli w 68., teraz wiem dlaczego, wtedy była to zagadka.
Jeszcze dzisiaj na krawężniku przy ulicy Broniewskiego odkrywam ślady zielonej farby, którą zaznaczyliśmy bramki. Tak na oko - 45 lat temu.  Dobra farba.

PS. Już po Euro czytam wywiad z Pilchem, który też wspomina mistrzostwa w Anglii w 1996 roku, nawet bardziej precyzyjnie. Cóż, jest o te jakże ważne 3 lata starszy. Brawo, Hiszpania campeon. Ale za taki typ, Panie Jerzy, płacili niewiele.

2012-06-19 - Koszutka, Mariacka i okolice 2. Happiness

IKONKI_DOMKI.jpg

Kapiszonowiec brązowy, z perłową okładziną, z krótką srebrną lufą miał chłopiec stojący koło mnie w czasie mszy. Lato było, skwar, duchota, dużo dzieci zostało na zewnątrz kościoła pod drzewami. Bawił się tym rewolwerem, obracał na palcu, ważył w dłoni, przymierzał, celował, w ptaki, w kościelną wieżę, w kościelnego, co na tackę zbierał, bezgłośnie strzelał ustami. Jeśli czegoś w życiu pragnąłem, czegoś pożądałem – to właśnie wtedy tego kapiszonowca. Nie kobiety, nie samochodu, nie wygranej w totalizatora czy w kasynie. Nie – jego, wtedy. Po godzinie pragnienie moje, pożądliwość moja, pociąg mój przeobraziły się w wielki, dojmujący, piekący ból. Niosłem więc suplikacje, prośby, westchnienia do aniołów, do Panienki Przenajświętszej, do Baranka, Pana Boga Jedynego.

Po mszy zajrzeliśmy na odpustowe stoiska. Był. Taki sam. Identyczny. Angielskie słowo: happiness oznacza szczęśliwość, szczęście chwilowe, moment radości. Happineszonowiec.

PS

Kościół Oblatów na Koszutce, gdzie kiedyś mnie ochrzczono, dano I Komunię, pobłogosławiono biskupim upierścienionym palcem, wygląda inaczej niż przed laty. Umknęła gdzieś, uleciała cisza starych witraży i mozaikowych ścian. Człowieku małej wiary...

« Pierwsza  < 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 >