2012-10-24 - Mariacka, Koszutka i okolice 10. Nie-Ślązak i nie-nie-Ślązak
Na kolejnym spotkaniu "koolinariuszy" (El Mexican - przyjemna nowa knajpka na Mariackiej) P. pyta nas (wie dobrze, że nasze rodziny nie są stąd), czy czujemy się Ślązakami, czy asymilacja przebiegła
u nas w sposób zupełny. Sam przyjechał do Katowic, gdy miał 7 lat, i od chwili zanurzenia w pyłowo-amoniakalnym powietrzu (był rok 1962) czuje pewną nieusuwalną idiosynkrazję. J. odpowiada, że co prawda jego rodzina ma kresowe korzenie, ale on sam wrósł już mocno w środowisko, w otoczenie (familia żony ma śląskie korzenie).
Zamyślam się. Ojca przyciągnął Śląsk na początku lat 50. ofertą pracy, mama zjechała w ślad za nim.
Oboje pochodzą z Małopolski, spod Miechowa (stary Miechów braci Bożogrobców leży na linii Kraków-Kielce). Pobrali się i wkrótce przyszedłem na świat. Kim zatem jestem? Jestem katowiczaninem,
to pewne, choć porodówkę zaliczyłem w Bytomiu. Rodzice przywieźli noworodka do małego jednopokojowego mieszkania przy ulicy SDKPiL na Koszutce. Ale czy jestem Ślązakiem?
Żyję tutaj od ponad pół wieku, wśród tych ludzi, autochtonów, i ta ziemia, jej pokręcona, trudna historia, a także jej - zmieniająca się nieuchronnie wraz ze mną - współczesność są mi bliskie.
Ale moja dusza często wędruje tam, pomiędzy czapelskie i przesławickie pagórki, na pszeniczno-makowe pola i jesienne rżyska, chowa się
w wapiennych jarach i leśnych wykrotach.
Kocham miasto, jego oddech, szum i dźwięk, ale nie mam miejskiego rodowodu i zawsze odczuwać będę tęsknotę za szerokimi przestrzeniami, za horyzontem
z ciemną linią lasu, za jednym starym samotnym dębem, za letnim sennym wieczorem i zapachem wrześniowych ognisk, do których wrzucono dopiero co ukopane ziemniaki.
Foto: Czaple Wlk. Tyle oto zostało ze świetnego kiedyś dworu Popielów... (źródło: internet)

Czaple Wlk. Na tym pagórku urodziła się Mama. Domu (i śliwkowego sadu) nie ma od dawna.
Adam Zagajewski w Lekkiej przesadzie pisze o sobie, dziecku ludzi wysiedlonych, i swoich snach
o pozostawionej za sobą - w przestrzeni i czasie - krainie. Moi rodzice nie zostali przesiedleni, sami, nieprzymuszeni opuścili rodzinne strony. Mogli wracać, odwiedzać - rodziny, domy, groby. Ale utrata pozostaje utratą i moje sny także wędrują. Prowadzone - dyskretnie - za rękę przez wszystkie moje lektury, przez obrazy, filmy, muzyki, ten mój chyży statek, który port macierzysty ma jednak gdzieś tam, "w Polsce", wśród pól, łąk i lasów, a nie tu, "na Ślunsku", pośród hałd, familoków, kominów... Je ne sais quoi jest bardziej tam niż tu i nic na to nie poradzę.
2012-10-21 - Konfrontacje

W czas Wszystkich Świętych zdarza się nam odwiedzić miejsca, w których nie byliśmy od lat. Tak i ja trafiłem
w sobotnie słoneczne, październikowe popołudnie pod starą kuźnię dziadka Jana Lenca, którą potem przejął jego syn,
a mój stryj, Leopold (zwany Polkiem). Kużnię tę opisałem kiedyś w opowiadaniu "Portret Tomasza Listera" tak:
Przesławice ciągnęły się wzdłuż wąskiego cienistego gościńca, po jego prawej stronie – patrząc od Czapel – płynęła senna, mulista Szrenica, obrośnięta łozami i szarymi olchami, po lewej, na zachodniej łagodnej skarpie rozłożyły się domy, poukrywane wśród starych jabłoni, grusz i śliw. Dom z szarej cegły, nieotynkowany, zbudowany tuż po wojnie był nasunięty na stojącą tuż przy drodze kuźnię. Dziadek [...] był znanym w okolicy kowalem i fach przekazał synowi Polkowi, bratu Dzidka. Stryj odziedziczył wszystko: dom, kuźnię i parę hektarów, a jego dwaj bracia wyjechali do Krakowa i na Śląsk szukać swego szczęścia w mieście. „Majorat”, śmiał się ojciec. „Całkiem rozsądnie”.
Kuźnia ciekawiła Janka [bohater opowiadania - rl], od kiedy jako mały chłopiec przyjeżdżał tu na wakacje z matką albo ojcem. Lubił przyglądać się – rzecz jasna z bezpiecznej odległości – jak dziadek lub stryj wyciągają z paleniska żarzącą się sztabę, z której wyczarują za chwilę fragment żeliwnej bramy, ogrodzenia, a może nowy nóż pługa czy brony, zanurzają t o c o ś w wiadrze z zimną wodą,
a t o c o ś syczy i broni się rozpaczliwie, i całe pomieszczenie spowija mleczna, gęsta para. Przychodzili do kuźni chłopi z okolicy podkuć konia, wtedy dziadek wyciągał obcęgami stare ćwieki, wyrzucał startą podkowę i przybijał nową. I choć zwierzę obojętnie skubało trawę – chłopiec zawsze zastanawiał się, czy to bardzo boli i czy koń jest rzeczywiście taki dzielny. Zapach kuźni, półmrok, osmalone pniaki, wiszące na ścianach kleszcze, obcęgi, młoty, młotki, łańcuchy przywodziły na myśl miejsce tortur i kaźni...
Duża kuźnia okazała się niewielką szopą, teraz opuszczoną, zarosłą łopianem i pokrzywami, zamkniętą na przerdzewiałą kłódkę. Nikt tu już koni nie podkuwa, nikt prostuje lemieszy, nie kuje bram. Odeszło, przeminęło i jest tylko w mej zanikającej i płatającej już figle pamięci.

"kuźnia"
-
autochton? - Użytkownik: strv, 2012-10-26 22:33:55
mam tak samo a nawet bardziej, mama trafila na Slask po Powstaniu Warszawskim a ojciec z Krakowa, kazde wiec - z innego powodu, urodzilem sie tu, w Katowicach a ciagnie mnie na Mazowsze i do Malopolski....takie atawizmy osobowosciowe, archetyp genetyczny....
2012-10-18 - Ladonna złotą jesienią
Od początku towarzyszą tej stronie "Ladonny". Pierwszą narysowała Sonia Hensler (pozdrawiam Sonkę, od kilku lat w Londynie), potem były Ladonny Karoliny, K
asi, Ani...
Nową jesienną L. namalowała w Dublinie Basia Grzybowska. Na home page będzie wersja orange, tu panna fioletowa. Czy jest ktoś bardziej odpowiedni na jesienną porę niż tajemnicza Ladonna?
2012-10-14 - Inauguracje, czyli plusy i jeden minus
Dla obu akademickich inauguracji, w których dane mi byto uczestniczyć w ubiegłym tygodniu. Takie uroczystości bywają nudne, poważne i rozwlekłe. W chorzowskim oddziale WSB, a przede wszystkim w katowickiej ASP było inaczej, toutes proprtions gardées. Może sprawia to rodzinna atmosfera takich uczelni? Może przyczynili się okolicznościowi wykładowcy? WSB - generał Roman Polko (eksGROM), ASP - dr Piotr Rypson, wicedyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie. Osobiście zdecydowanie wolę obszary, w których porusza się dyrektor Rypson, ale przyznać muszę, że generał mówił ciekawie, a jego obecność była uzasadniona i wynikała z wprowadzenia nowej, intrygującej specjalności w chorzowskim WSB.
Tutaj przytoczę jednak cytat z wykładu dr Rypsona. "Malarzy w USA jest dwakroć więcej niż inżynierów
i sześć razy tyle, co lekarzy. Osób malujących - co zlicza się poprzez farby kupowane w sklepach i hurtownach malarskich - jest coś około 3,5 mln, zaś profesjonalistów (jakoś tam dyplomowanych) - 600 tysięcy." A zatem - uczniowie i studenci, mężczyźni, kobiety i dzieci - do pędzli! Chyba warto, bo Amerykanie to naród praktyczny i za byle co się nie biorą, jeśli nie widzą w tym sensu ekonomicznego.
Dla inauguracji sezonu (105. w ogóle, a 91. w niepodległej Polsce) w Teatrze Śląskim. Nie tyle dla samej uroczystości, która zawierała chwile wzruszajace, jak wręczenie "Czarnej perły" soroptymistek pani dyrektor Krystynie Szaraniec, ile dla sztuki, którą nam podano na deser. To "Moja Abba". Żona spytała mnie, jakie jest zasadnicze przesłanie owego dzieła, na co znajduję jedyną odpowiedź: Nie chodzić do TŚl. Co jest przesłaniem nieco dziwnym, biorąc pod uwagę okoliczności. Cóż, po raz kolejny w Teatrze Śląskim rozczarowanie. A dysonans między oficjałką i częścią artystyczną (?) budzi oczywiste pytania, na które odpowiedzcie już sobie sami.
PS. Nie sama sztuka i nawet jej obecność na deskach Teatru mnie niepokoi, co żywiołowa radość, jaka zapanowała po opuszczeniu (przysłowiowym) kurtyny. Tu już kończy się niepokoj, a pojawia się groza.
PS 2. By nie było ponuro: nowa kurtyna Piotra Szmitke jest piękna. I znów (jak to w Katowicach) obraz przed słowem. Ech...
2012-10-10 - Koszutka, Mariacka i okolice 9. Siedząc
24 października, o godz. 17, w budynku CINiBA, za Wydziałem Nauk Społecznych UŚl., a przed Prawem (siła przed prawem) otwieramy oficjalnie (bo nieoficjalnie było już w maju) "Śląski Klub Profesorski". Zadęcie w nazwie niezbędne, ale chodzi po prostu o konwersatorium z udziałem środowisk akademickich. Konwencja raczej tradycyjna: wykład + moderowana dyskusja. Zainauguruje JM Rektor Wiesław Banyś speechem pod tytułem "Idee Uniwersytetu w XXI wieku". Tym samym nasze starania o znalezienie przytuliska w końcu dały rezultat. Uniwersytet+CINiBA. Ojciec i matka.
Tu powienienem podpisać: Krzysztof Wieczorek i Ryszard Lenc.
![]()
Ile już było miejsc? Od 1977 roku (mniej więcej) niemało. Mieszkania prywatne, Ośrodek DA, sale i salki Uniwersytetu, zaplecze kina Zorza (sic!), ławki w parkach, Froda w Ligocie. Kogo mialem okazję posłuchać? Życińskiego, Opackiego, Bajerową, Zanussiego, Szymika, Dembińskiego, Trzeciakowskiego, Nawareckiego, Bralczyka, Bieniasza, wielu, wielu innych. Czasem było ostro, płyn fermentował, burzyło się, dymiło, czasem nieco nudnawo (to rzadziej). Kilka osób w mieszkaniu Gosi Witak (potem Waśniewskiej) i nabita po brzegi, że nie dało się oddychać, stara salka DA, gdzieś w okolicach roku 1985. Były także inwigilacje esbeków (szczypta martyrologii), bo to było nasze rodzime Towarzystwo Kursów Naukowych. W całej Polsce robiono mniej więcej to samo, tak samo (w Krakowie gospodarzem podobnych spotkań był kiedyś biskup Wojtyła).
Formuła akademickeigo konwersatorium, gdzie sternik - mentor, mistrz prowadzi, pokazuje kierunek, a wioślarze starają się utrzymać rytm sprawdza się wciąż i wciąż. Szeroko pojęta "interdyscyplinarność" - także.
A my ciągle mamy parcie i ciąg, by słuchać i - czasami także myśląc - gadać, gadać, gadać.
Wszyscy chętni mile widziani. Nie gwarantujemy miejsc w I rzędzie, tam siedzą Profesory, ale jakie to ma znaczenie?





