2013-04-06 - Śmiech starożytnych

W rozmowie z Jerzym Ciechanowiczem, zatytułowanej Medea i czereśnie, a pomieszczonej w zbiorze pod tym samym tytułem, profesor filologii klasycznej, tłumacz dzieł wszystkich Eurypidesa, innych tragików oraz epików i liryków greckich Jerzy Łanowski opowiada o poczuciu humoru antycznych Greków
i Rzymian. 
I przytacza parę przykładów (tu Grecja):

Albo dowcipy lakońskie, opierające się głównie na znanej małomówności Spartan, jak owa historia
z królem spartańskim, który przychodzi do golarza (wielkiego gaduły, jak wszyscy golarze).
Golarz pyta: "Jak cię mam ostrzyc?", a król na to: "W milczeniu".

Czyż nie doskonałe? Sam często mam ochotę tak właśnie odpowiedzieć fryzjerowi...
Bohaterem jest słynny attycki mówca ludowy czasów Aleksandra Wielkiego, Demades. Przysłuchuje się on sporowi dwóch dialektyków i mówi: "Jeden doi kozła, a dru
gi podstawia sito".
Czy ta uwaga nie pasuje idealnie do jałowych dyskusji naszych polityków?
Zacytuję taki dowcip o śmierdzigębie, który modli się do Dzeusa i podnosząc ku niebu ręce i twarz, woła: "O Dzeusie!" - a bóg na to: "Tylko nie chuchaj!".
Hm... 

Te przykłady pokazują, że starożytni nie byli aż tak nam obcy, jak często się wydaje.
Profesor konstatuje: Ogólnie można stwierdzić, że i my odbieramy poprawnie dowcip starożytny, i starożytni zapewne mogliby poprawnie odbierać większość naszych dowcipów, a wiele z nich - dodajmy - rozpoznaliby jako wlasne.

Obaj panowie J. już nie żyją.
Jerzego Łanowskiego znają miłośnicy dramatów trzeciego Tragika.
Jerzy Ciechanowicz zmarł młodo, w wieku 44 lat, i ta strata jest nadzwyczaj bolesna. Był bowiem już znakomitym, a wciąż świetnie się zapowiadającym znawcą antyku, tłumaczem i eseistą, a także wytrawnym podróżnikiem.

 

 

 

2013-04-03 - Funerał na ciało

http://fundacja-karpowicz.org

U Karpowicza prezentuję moich przyjaciół, autorów komiksów, oraz jedną z ich komiksowych historii. Funerał na ciało wraz z innymi opowieściami niebawem ukaże się drukiem.
Tu fragment artykułu. Po resztę sięgnijcie do źródła.

Mieszkają w Dąbrowie Górniczej. Poznali się w szkolnych czasach, na wagarach, z czego jednak nie wyciągają daleko idących wniosków. Fakt jest taki, że przetrwało, a teraz materializuje się w komiksach. Najpierw jest opowiadanie Romana. Jeśli Paweł zaakceptuje (nie zawsze tak musi być), obmyślają scenariusz. Paweł szkicuje storyboardy, w tym czasie korygują scenopis. Paweł siada do rysowania, Roman pisze łączniki, dymki. Koniec, następne.

Tak powstał komiks Bez końca, wydany w 2102 roku przez Kulturę Gniewu. Z nowego Chwila jak płomień (w przygotowaniu) przedstawiam opowieść: Funerał na ciało. W książce obrazy zastąpią tekst. Ktoś pisał o Toporowskim klimacie Bez końca.  Dodam, że klimat ten tworzy i Narracja (Lipczyński),
i „Ryty” (Garwol).

Tworzące duety. Każdy z nich miał, ma swoją metodę (bracia Goncourt, Strugaccy w powieści, w filmie Joel i Ethan Coenowie, Jan i Zdeněk  Svěrákowie, w muzyce Simon i Garfunkel, McCartney
i Lennon, Zillmannowie w architekturze).  Czy technologia, metoda wystarcza? Nie sądzę.

PiR.jpg

Paweł Garwol (rysunki) i Roman Lipczyński (litery)

2013-03-26 - Kosz ułomków. Lewą marsz

IKONKI_KOSZYK.jpg

Jestem człowiekiem bez właściwości, ponieważ nie jestem ani dokładnie praworęczny (p.-nożny), ani leworęczny (l.-nożny). Genetycznie i rodzinnie (po ciotce Dance) mam chyba zapisaną lewostronność, jednak system wychowania i nauczania, gdy byłem wczesnoszkolnym malcem, sforsował mnie w kierunku prawostronności. Jest więc tak, że piszę reką prawą, ale rzucam (piłką, kijem-oszczepem, kamieniem) ręką lewą. Tak czy owak zawsze mnie interesowało kulturowe rozróżnienie prawy-lewy, gdzie "lewy" zwykle oznacza coś gorszego, mniej wartościowego. Bo kultura, cywilizacja wyróżniają przecież skrętność (tak to trzeba sformułować), tak jak w fizyce robią to oddziaływania słabe. 
Tropię więc i śledzę lustrzanoodbiciowe perypetie i ostatnio znalazłem piękne wyjaśnienie, dlaczego żołnierze zawsze zaczynają marsz LEWĄ NOGĄ.

Mitach Greckich Robert Graves pisze tak:
Jedyny sandał Jazona (wodza Argonautów - rl) dowodzi, że był on wojownikiem. Etolscy wojownicy słynęli z obyczaju obuwania tylko lewej nogi. [...] Stosowali to również Platejczycy podczas wojny peloponeskiej, by mocniej stać w błocie. Przyczyną tego, że obuta była noga po stronie tarczy, a nie po stronie broni, moglo być to, że nogę tę wysuwano do przodu podczas walki wręcz, a także mogła służyć do kopnięcia przeciwnika w krocze. Tak więc lewa noga była wrogą i nigdy nie stawiano jej na progu domu przyjaciela; tradycja ta przetrwała we współczesnej Europie, gdzie żołnierze, wyruszając na wojnę, stawiają pierwszy krok nogą lewą.
Prawda, że przekonywujące? 
(Mity przetłumaczył H. Krzeczkowski, a wydało vis-à-vis w Krakowie.)

Wesołego Alleluja dla prawo- i lewonożnych. r. (przy okazji cienka aluzja do naszych kopaczy); foto net

2013-03-21 - Kosz ułomków. Barthes à propos

IKONKI_KOSZYK.jpg

W książce Roland Barthes strukturalista, krytyk literacki, guru semiologów Roland Barthes o swoim pisaniu, języku, o sobie.

O upodobaniu do fragmentaryzacji 
"Pisać fragmentami: są one wtedy kamieniami na obwodzie koła: rozkładam się koliście: cały mój świat w kawałkach [...] Ponieważ uwielbia (on, Barthes - przyp. RL) wynajdywać i pisywać początki, stara się pomnażać tę przyjemność: oto dlaczego pisze fragmentami [...] (nie lubi za to końców: ryzyko retorycznej klauzuli jest zbyt wielkie: lęk, że nie będzie potrafił oprzeć się ostatniemu słowu, ostatniej replice)".
Ciekawi mnie ta idea, bo sam mam podobną skłonność, zarazem niechęć do dużych całości i lęk przed (zwykle kategorycznymi) zakończeniami. I jeszcze taka myśl RB: "wobec  k a w a ł k ó w świata mam prawo wyłącznie do preferencji". 
Jeśli traktować rzeczywistość jako pokawałkowaną, sfragmentaryzowaną, to trudno łapać ją w jedną sieć, oglądać jak w kinie, siedząc na jednym krzesełku.

Motylkowatość...
to "szalona zdolność do rozrywki kogoś, kogo praca nuży, onieśmiela lub kłopocze: pracując na wsi, sporządziłem listę rozrywek, do których uciekam się co pięć minut: spryskuję muchę, obcinam paznokcie, jem śliwkę, sikam, sprawdzam, czy woda w kranie dalej brązowa, idę do apteki, schodzę do ogrodu zobaczyć, ile nektarynek dojrzało na drzewie, słucham wiadomości radiowych, sklecam jakiś pojemnik na papiery...".
Mam podobnie. A teraz wiem, że nazywa się to ładnie "motylkowatością".

Na czczo
Jak chłodno ocenić to, co się zrobiło? Napisało, namalowało, wybudowało?
Barthes przywołuje tu Brechta:
"Wyznaczając termin kolejnej próby, Brecht mówił do aktorów: 'N a  c z c z o!  Nie napełniajcie się, nie napychajcie się, nie szukajcie natchnienia, wzruszenia ani przyjemności, bądźcie oschli, bądźcie na czczo'. Jak spreparować najlepszą z możliwych lekturę samego siebie: nie kochać, lecz wyłącznie znieść na czczo to, co zostało napisane?".
Czy jest to w ogóle możliwe? Bezemocjonalna, zimna ocena swoich dokonań?

Czy jestem ze spiżu, z jednego uczyniony kawałka?
A może, jak sądzi Barthes, człowiekiem podzielonym? 
On, RB, to np.: materialista (na płaszczyźnie filozoficznej), hedonista (jesli chodzi o ciało), buddysta (w kwestii przemocy).
Chyba każdy z nas jest takim cyrkiem różności... Boję się więc ludzi spiżowych, ale lękam się też podzielonych na zbyt wiele części, absolutnie niespójnych, rozszczepionych jak światło w pryzmacie.

I jeszcze RB o winie:
"Smak dobrego wina  jest nieodłączny od jedzenia. Pić wino znaczy jeść. [...] Szef restauracji w T. przekazuje mi regułę tej symboliki: jeśli pijemy kieliszek wina przed posiłkiem, zawsze podaje też trochę chleba: aby stworzyć kontrapunkt, jakieś współbrzmienie".
Ów kontrapunkt, taki punkt odbicia niezbędny jest nam nie tylko w czasie picia wina. 
Salut!

Książkę w 2011 r. wydało słowo/obraz terytoria; przetłumaczył T. Swoboda.
Tym, którzy chcą bliżej poznać koncepcje Barthesa (zginął w wieku lat 65, potrącony przez ciężarówkę, w 1980 roku), polecam wydane w Polsce w 2000 roku Mitologie, a także pracę o znakach Japonii.
 

 

 

 

2013-03-17 - Koszutka, Mariacka i okolice 13. Mistrz Leonardi na rogu

IKONKI_DOMKI.jpg

Spotykałem go kiedyś codziennie. Przystanąłem któregoś dnia, wmieszałem się w tłum.

Mesdames et Messieurs! Ladies and Gentlemen! Panie i Panowie!
Przed wami słynny prestidigitator Leonardi i jego zadziwiająca skrzynia. Proszę się nie tłoczyć, proszę się nie pchać, są jeszcze wolne miejsca. Przepuście do przodu kobiety w ciąży i małe dzieci. Szanowny panie, tak, do pana mówię, niechże pan stanie z lewej strony – zasłaniacie widok tej miłej dziewczynce. O, teraz już dobrze. Każdy zobaczy na własne oczy, każdy dostanie tę niepowtarzalną szansę.
Oto przed Państwem, po zagranicznych występach, nasz wspaniały mistrz iluzji – maestro Leonardi.
Oraz jego czarodziejski pies i jego magiczna skrzynia. Iluzjonista nadzwyczajny, nowy Houdini, mistrz białej magii. Za chwilę zobaczycie, co też wydobędzie z czeluści owej tajemniczej skrzyni. To nie zabawa z białym królikiem, to nie igraszki z synogarlicami, więc wstrzymujcie oddech…
Mesdames... Messieurs...
Jest tu po to, aby zadziwiać i wzruszać. Młodych i starych, grubych i chudych, brunetów, blondynów, siwych i łysych. Mężczyźni i kobiety, niedorostki i pannice – wszyscy będą mogli obejrzeć to wyjątkowe widowisko. I niech was nie zwiodą pokazy innych – to kuglarze – oszuści i szarlatani. Prawdziwy artyzm zobaczycie tylko tutaj. Tylko u nas poczujecie dotyk apollińskich muz i tchnienie Anioła. A może raczej śmiech Mefisto? Nie żałujcie skromnych datków, s’il vous plâit. Wielką bowiem sztukę wspieracie.
I zbożny cel.

Na cóż więc czekać? Zaczynamy.

Postawił walizkę na chodniku, wyjął z niej małe, składane, turystyczne krzesełko. Usiadł, złożył kule
i oparł je o mur. Nasunął czapkę głębiej na uszy. Jaki ten mróz dzisiaj... Przydałyby się nowe rękawiczki.
I po diabła te stare obcinał? Niby tak łatwiej, ale teraz marzną mu końce palców – to pewnie od kręgosłupa. I dupa boli od tego siedzenia. Wyciągnął z walizki przerdzewiały termos i plastikowy kubek. Nalał trochę cienkiej herbaty, musi mu wystarczyć na cały dzień. Wyjął i zaraz schował kanapkę owiniętą w zatłuszczony papier. Zje ją dopiero w południe. A może wcześniej, jeżeli dobrze pójdzie mu zbieranie? Lub kupi sobie precla, z makiem. Z solą nie – sól żre mu dziąsła, a raczej to, co  z nich pozostało. Rzucił psu wczorajszą kość –  będzie miał zajęcie na dwie, trzy godziny. Cholera, jak zimno. Podłożył tekturę, tak mniej ciągnie od ziemi. Owinął nogi kocem i postawił przed sobą pudełeczko. Jeszcze modlitewnik
i różaniec, to zawsze lepiej wygląda. I działa na starsze paniusie. Ha, miejsce koło „Złotego Rogu” jest zdecydowanie lepsze niż poprzednie, to na złączeniu Dyrekcyjnej z Wieczorka, no, ze Staromiejską. Szkoda tylko tego Karolaka, czy jak mu tam było.
No, zaczynamy.

« Pierwsza  < 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 >  Ostatnia »