2011-12-22 - Święta
Spokojnych Świąt i wszystkich dni powszednich.
Na Boże Narodzenie opowieść:
Mezuza
Rabinem w Korosze był wtedy świątobliwy i uczony Dawid Gutberg. Żydzi z całego Wołynia, a nawet z Litwy, przyjeżdżali do reb Dawida, który z czasem otrzymał czcigodne miano rabenu – „nasz mistrz”. Rebe znany był z komentarzy do Talmudu, szczególne zaś uznanie zdobył jego obszerny traktat „O fałszywym mesjaszu Jezusie”. W młodości reb Gutberg pisał również komentarze do dzieł Barucha Spinozy, ale mądrzy i niewątpliwie życzliwi Żydzi wytłumaczyli mu wysoką niestosowność tej twórczości i rabi ograniczył się do Miszny i Gemary. Nie miał też nic a nic wspólnego z niezrównoważonymi chasidim, co szczególnie radowało spokojnych mieszkańców miasteczka. Korosze było ubogą mieściną, z bóżnicą nędzną, parterową, bez pięterka dla niewiast. Ot, mała bima pośrodku, stary Aron-ha-Kodesz i tyle. A niby skąd miało być bogato, jak elitą miasteczka był krawiec, kataryniarz i podupadły arendarz? Z tyłu bóżnicy, przy małej mykwie, reb Dawid miał dwa małe pokoiki. W skromnych, oj skromnych warunkach pisał swoje uczone rozprawy.
Tego dnia w mieszkaniu było wyjątkowo zimno, wiatr zawiewał śnieg na szyby i choć było jeszcze popołudnie – w izbach pociemniało i zrobiło się ponuro. Z oddali słychać było tylko dzwony kościoła. „Dziś ta ich Wigilia” – pomyślał Gutberg. Sen zaczął morzyć staruszka, a jeszcze miał dzisiaj dodać nowy fragment do swego wielkiego traktatu. Dołożył węgla do piecyka, zdjął rękawiczki, chuchnął w dłonie: „Sądzić można, że Jezus z Nazaretu, ten tak zwany mesjasz u chrześcijan...”.
Za oknem dało się słyszeć skrzypienie śnegu. Ktoś mocno zapukał we framugę drzwi. „Jeszcze zniszczy moją mezuzę” – wzdrygnął się rabi.
– Reb Dawidzie! Hej, reb Dawidzie!
-------------------
Nad ranem młoda nieznajoma wstała wreszcie z krzesła.
– Herbata wystygła, a my i tak nie dojdziemy prawdy, ojczulku.
– Nie ma jednej prawdy, tak jak nie ma jednego świata, moja panno – odparł stary. – My tu w Korosze znamy dwa, a może są i trzy, i cztery. Są obok siebie, ale nie przenikają się. Patrzą na siebie i nie widzą się. Czy się kiedyś zejdą? A może prawda jest jedna, ukryta? „Istnieją najrozmaitsze oczy, a zatem najrozmaitsze prawdy. Machlukes”. Tak rzecze jeden filozof. Pan nasz – oby był błogosławiony On i Imię Jego – zna odpowiedź. A może nawet i On jej nie zna?
Po święcie Pesach gmina uchwaliła wreszcie, że należy poszukać nowego rabina. Stary pogubił się zupełnie. Wplatał w nabożeństwa szabasowe dziwne cytaty, nie przestrzegał ściśle porządku uroczystości, uciszał gniewnie kantora, zamyślony stał przed bóżnicą i nie odpowiadał na pozdrowienia mieszkańców sztetl. Jakby go zły duch opętał. Postanowiono jednak, w uznaniu zaslug, wypłacać mu małą dożywotnią pensję.
2011-12-12 - Huśtawka
Z ostatnich "Zeszytów Literackich" (nr 115) przepisuję dwa wiersze.
Natalia de Barbaro, "Huśtawka":
Teraz nad jego głową, długa do nieba i mocna
Lina huśtawki wiszącej na starym dębie. Przez liście
prześwieca światło. Niebezpieczna, bezpieczna
jest podróż do góry - na dół.
Chłopiec nie wie, że teraz zawiązuje się życie.
Nie wie, że właśnie w tej chwili, między niebem
a niebem, brana jest miara na słowo szczęście.
I że to słowo będzie chciało powrócić - jego pogłos,
powidok, w tylu miastach, daremnych.
I wiersz Edwarda Hirscha (***) w tłum. Mai Wodeckiej:
Żaden ślad nie pozostał z 5 sierpnia 1942 roku -
wszystko zostało zdezynfekowane -
200 dzieci grzecznie szło czwórkami
nisoąc zieloną flagę
z czterolistną koniczynką
przez oniemiałe ulice Warszawy
aż na Umschlagplatz, blisko dworca
z wychlorowanymi, towarowymi wagonami.
------ Im nie brano tej miary [rl]
2011-12-04 - Węgry
Memu pokoleniu (50+) Węgry kojarzyły się z lepszym światem. Pierwsza cola (z puszki) była stamtąd. Do dnia dzisiejszego to najbardziej ekscytujący smak mego życia.
Bracia Węgrzy dali nam także rock. Są okolice roku 70. Nasz rodzimy pojawi się za parę lat, a dopiero za lat 10-12 opanuje nasze umysły i serca. Na razie jednak mamy węgierski rock w wydaniu przede wszystkim dwóch supergrup Lokomotive GT oraz Omegi. Na koncert Lokomotive pędzę do Hali Parkowej (obecnie Alma), na Omegę przypadkowo wpadam w Parku, przy Planetarium. Ktoby powątpiewał w jakość tej muzyki, niech posłucha tego: http://www.youtube.com/watch?v=6Z0JVH6e8O0.
To oczywiście
"Gyöngyhajú lány"
http://www.youtube.com/watch?v=pnyd-nItQik&feature=related.
A to z kolei bardzo dobra wersja Zakopoweru.
Ale Węgry dla mnie to także zawsze Tibor, "Tibi", chłopak w śmiesznych drucianych okularach i zabawnym akcentem, słabo mówiący po naszemu, ale nieźle grający w nogę. Nie miałem pojęcia (mając lat, powiedzmy, 10), że przyjechał tu z rodzicami w 1956 roku. Podobno już nie żyje. Dla Tibi'ego zatem:
Igen jött egy gyöngyhajú lány
Álmodtam vagy igaz talán
Ébred a föld, az ég
Zöld meg kék, mint rég,
co w tłumaczeniu "madzia503" oznacza mniej więcej:
Tak przyszła dziewczyna o perłowych wlosach
Śnilo mi sie, czy może prawda to?
Budzi się ziemia i niebo
Zielone i niebieskie jak dawniej
I tylko wciąż dręczy mnie pytanie, co się stało z tamtymi Węgrami, krainą Omegi, Puskasa, coli, niezrównanego tokaju i gyöngyhajú lány?
Czy są zielone i niebieskie, jak dawniej?
2011-11-22 - Witkatowice

U podłoża głębokiej handlowej świadomości powołania artystycznego często leżą kłopoty finansowe, niedostatek. Podobne było i ze S.I. Witkiewiczem, Witkacym. Honoraria za sztuki, książki, artykuły, wykłady i były niewielkie, i płynęły nieregularne, zakopiańskie pensjonaty podupadały, aż upadły zupełnie, a na utrzymaniu miał Witkacy nie tylko siebie i matkę (zmarła w 1930 roku), ale także - mieszkającą osobno, w Warszawie - żonę Jadwigę. Malował więc Witkacy hurtowo portrety.
Wiadomo z różnych źródeł, że Stanisław Ignacy Witkiewicz odwiedzał w latach trzydziestych Katowice i inne miasta na Górnym Śląsku w celach zarobkowych. Miał tu bliskich i życzliwych mu ludzi. Nie były to długie pobyty, po kilka, kilkanaście dni, nie dłużej. W listach do swej żony Jadwigi Witkiewiczowej, z domu Unrug, nazywał te wizyty w Katowicach „abstanowką willowo-pałacową”, ale nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony do przemysłowego, górniczego regionu. Prawdę powiedziawszy, lekceważył go zupełnie, Śląsk był poza jego Hauptwerkiem. Pisał: Nous allons donc chez crocodilles. Krokodyle krokodylami, ale pieniądze na Śląsku były. Być może zaprosił go tutaj Wojciech Korfanty, którego Witkacy poznał w Zakopanem, ale nie jest to pewne. Malował więc Witkacy portrety miejscowych przemysłowców, urzędników, członków ich rodzin. Być sportretowanym przez znanego artystę toż to niemały splendor.
A oto list Witkacego do żony (jeden z wielu, pisał je prawie codziennie):
Królewska Huta] 17 VI 1933 NΠ NP
(czyli "nie piję, nie palę" - przyp. rl)
N[ajdroższa] N[ineczko]. Jestem potwornie zapracowany - dziś 3 seanse od 3ciej p[o]. p[południu]. Rano całe w kopalni. Piekielne wrażenie - ognie tuż, tuż i gazy, i filary grożące zawaleniem, elektr[yczna] kolej[ka] wewnątrz kopalni. Szalllone rzeczy. Jutro lub pojutrze wyjadę. Nie gniewaj się za brak wiadomości - szalony brak czasu.
Całuję Cię.
Twój St.
Z nosem lepiej. Mam świetne krople.
Karta pocztowa. Adres: Pani / Jadwiga Witkiewicz-owa / Bracka 23 m. 42 / Warszawa. Stempel: Królewska Huta
1934 (rok)
wg: Stanisław Ignacy Witkiewicz. Listy do żony cz.3 (1932-1935). Przygotowała do druku Anna Micińska. Opracował i przypisami opatrzył Janusz Degler, PIW Warszawa 2010.
I w Katowicach mamy witkacjana. Portrety Asymetrycznej Damy, Eugenii, można oglądać na wystawie w MHK. Więcej o AD: Natalia Kruszyna, Pałam chęcią rysowania Jej Asymetrii, Muzeum Historii Katowic 2003. (Natalię serdecznie pozdrawiam).
PS. Zmarł Jaroslaw Lewicki. Zapamiętam Go jako miłośnika ulicy Kościuszki i Hansa Bellmera.





