2018-02-27 - Koszutka, Mariacka i okolice 23. Grypa, biathlon i niedoszli olimpijczycy
I mnie grypa chwyciła w szpony. Na całe dwa tygodnie. Kaszląc, pocąc się, usiłując dosięgnąć szklanki z zimną herbatą (nad ranem nie mogła być ciepła), rozpuszczając na cukrze obrzydliwie gorzkie islandzkie lekarstwo (biedna Islandia odtąd kojarzyć mi się będzie z tą paskudną goryczą), popatrywałem na zmagania zimowych olimpijczyków. Szybko zrozumiałem, że zimowe igrzyska dla mojego ulubionego kanału sportowego to biathlon (którego z jakichś nie całkiem jasnych dla mnie powodów nie lubię). Polskie sukcesy nie nadchodzły, choć miały, więc mina mi rzedła z dnia na dzień. Co więcej frankofil sprawozdawca forsował odmianę "Martina Fourcade" zamiast oczywistego "Martina Fourcade'a", co wzmacniało mój grypowo-biathlonowy ból (MF to gwiazda tej dyscypliny - albo słusznie wygrywa, albo niesłusznie i zaskakująco dla frankofila przegrywa).
Popatrujac na wyświetlacz termomentru, który uparł się, by nie wskazywać liczb niższych niż 38, przypominałem sobie jednej nocy, jak to ja i moi rówieśnicy wkraczaliśmy na teren sportowych zimowych zmagań. Zaznaczam, że nie osiągnęliśmy nigdy poziomu olimpijskiego i nikt, kogo bym znał, nie miał nawet jednego kółka olimpijskiego (był kiedyś taki obrządek przydzielania kółek, czy nadal istnieje? Piąte kółko jechało oczywiście na olimpiadę).
Hokej. Tu rzecz była w KIJU. Mieć kij, czyli krykę, oznaczało awans do grona wybrańców losu. Zaś kij produkcji Smolenia z Nowego Targu (?), dorównujący ponoć tym kanadyjskim, to było siódme niebo. Łopatkę kija owijało się taśmą izolacyjną i już można było strzelać gole na boiskach, gdzie latem krółowała piłka nożna. Bramki tylko były nieco mniejsze.
Łyżwiarstwo. Tylko w kółko na tafli hali sportowej. Żadnych podskoków ani piruetów. Należało kupić dobre łyżwy, "hokejówy", broń Boże figurówki (te tylko dla dziewczyn). Mistrzowie robiąc błyskawicznie tzw. przedkładanki, gnali w tłumie pokornie i cierpliwie wędrującej w prawo i w lewo dziatwy. Teraz mamy łyżwiarskie biegi masowe. A zaczęło się tam, w małej hali przy Rondzie.
Narty. Konkurencje alpejskie. Zasada była taka, by czubek nart sięgał zgiętej dłoni wyciągniej ręki. Na takich absurdalnych długasach niektorzy radzili sobie naprawdę świetnie, a ich krystianie były subtelne, zarazem błyskawiczne. Mnie czasem udawało się zjechać bez upadku. W krytycznych momentach po prostu schodziłem ukosem. Jakie narty? W połowie lat 70., gdy kończyłem liceum, pojawiły się atomiki. Mieć takie narty i stać w wielkiej kolejce do wyciągu.
Bieganie na nartach. Chłopcy z Polibudy złapali bakcyla biegania. Zaliczyli nawet "Bieg Piastów". To był szpan. Nie zjeżdżać, a biegać.
Skoki na nartach. A jakże, my też budowaliśmy skocznie. Na stoku za biurowcem. 3 metry to był chyba rekord długości skoku.
Sanki. Był w Parku Kościuszki tor saneczkowy. Cudo. Dwie minuty wspaniałej jazdy. Idioci zjeżdżali głową naprzód, nie wiedząc, że za kilkanaście lat tak będzie wyglądała jazda na skeletonie.
Snowboard jeszcze nie istniał. Gustek czasem zsuwał się po stoku na starej desce do prasowania. Ale to się nie liczy.
W 1967 jechałem z mamą na marcowe wczasy do Polanicy. Jakież było moje rozczarowanie, gdy nie znalazłem tam Velikanki. Pomyliłem Polanicę z Planicą. Wielkie rzeczy. Zdarza się. Za to byli szachiści.
Grypa minęła, olimpiada także. Pora wracać do życia.
PS
Można zapisać się do "newslettera", w którym będę informował o co ciekawszych (w mojej opinii) wpisach na blogu. Ten wpis, choć zbyt zajmujący nie jest, też pójdzie w newsletterze. Testy.
Dla posiadaczy kont na GMAILU: czasem maile trafiają do spamu. Warto sprawdzić.
-
Nie wiedziałem - Użytkownik: rl, 2018-02-28 10:16:36
Nie wiedziałem, że Ala miała kółko. Teraz sobie przypomniałem o jej sportowych pasjach. Dzięki. -
"Fiflaki" -errata - Użytkownik: Ewa, 2018-02-28 05:40:42
..."fiflaki" Ala oczywiście skakała, a nie dostała (system jak zwykle wie swoje i "wszystko" przekręca ;-) -
Szczęśliwie - już zdrowy i kółko olimpijskie - Użytkownik: Ewa, 2018-02-28 05:37:29
Rysiu, cieszę się, że uporałeś się szczęśliwie z tegoroczną paskudną grypą :-). Nasza, nieodżałowanej pamięci, koleżanka -Ala Dmytrów (Kobiela) już pod koniec naszej podstawówki (SP) miała zdobyte kółko olimpijskie w gimnastyce sportowej. Piękne "fiflaki" dostała dla nas w sali gimnastycznej, a i na równoważni i w skokach świetna była :-). Brakuje mi Ali.
Serdeczności dla Rekonwalescenta :-).
2018-01-20 - Gość bloga. Małgorzata o Chińczykach
To ja - nad Sekwaną, nie nad Yangtze. MK
Dziś Małgosia ("Małga") Kłopotowska z Łodzi. Karmi nas na FB malarstwem i poezją, które ładnie kojarzy i zawsze dostajemy w pakiecie obraz i wiersz. Zachęciłem ją, by przygotowała coś chińskiego, świadomy faktu inwazji malarstwa Państwa Środka na światowe, przede wszystkim azjatyckie rynki sztuki. Ten najazd budzi uznanie, tym bardziej, że to często sztuka wybitna, a tyczy to i dawnych mistrzów, i twórców współczesnych (których czasem można pomylić). Coraz też częściej świat Zachodu sięga po dzieła Chińczyków i nie ma racji ten, kto myśli, że cenią ich i kupują tylko swoi.
O tych tendencjach napiszę osobno. Oddajmy jednak głos Małdze:
Dzisiaj u Ryszarda "chiński dzień" - 中國的一天.
CHINY - Państwo Środka... Nazwa ta powstała przed okresem odkryć geograficznych, kiedy w Chinach uważano, że kraj położony jest centralnie w stosunku do "czterech mórz”. Sądzono, iż ziemia jest płaska, niebo okrągłe, a w środku świata leżą Chiny. Wielki Mur, Zakazane Miasto, czyli kompleks pałacowy cesarza z dynastii Ming, rzadziej już Konfucjusz - to najczęstsze skojarzenia z haslem „Chiny”. Niedawno Mao, a teraz chińska gospodarka.
Postanowiłam podzielić się tym, co mnie najbardziej interesuje - poezją (piękny wiersz Cao Pi zamieściłam niedawno na FB) i malarstwem. "Podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku" - rzekł Konfucjusz. Niech to będą kroki smocze.
CHEN RONG - chiński malarz żyjący w XIII wieku.
Jego obrazy przedstawiają przeważnie s m o k i wyłaniające się z chmur albo z fal morskich. Podobno tworzył obrazy, wylewając po pijanemu tusz na karton i następnie pędzlem wykańczał detale... Do największych osiągnięć Ronga należy zwój "Dziewięć Smoków" z 1244 roku, znajdujący się w Museum of Arts w Bostonie.
Niewyobrażalne ceny osiągają obrazy chiskich artystów na światowych aukcjach. "Sześć Smoków" Chen Ronga na aukcji w domu Christie's sprzedano niedawno za... ponad 48 milionów dolarów! Tu fragment tego zwoju.

Cao Pi (II-III w. n.e., cesarz-poeta)
"Napisane na rzece Quin"
Płyną wzdłuż rzeki obok siebie łodzie.
To w dół to w górę kołyszą je fale.
Pieśń i dźwięk cytry znad toni się wznoszą.
Błoga melodia wylewa swe żale.
Dźwięk mknie ku tobie i do serca wpada.
Rzewnością rani ludzką duszę, Miła.
Zraniona dusza za czym tęsknić może?
Za tym by czułość jeszcze głębsza była.
Chcę byśmy mogli, niczym dwa jastrzębie,
Odlecieć w Lasu Północnego głębię...
Przeskoczmy parę wieków.
HUANG BINHONG - chiński artysta malarz i jednocześnie krytyk sztuki, żyjący w latach 1867-1955, na którego moją uwagę moją zwrócił Ryszard. Binhong otrzymał staranne wykształcenie - studiował literaturę, malarstwo. kaligrafię. Malował przede wszystkim pejzaże. Charakterystyczne dla jego obrazów jest nakładanie kilku warstw farby, co pozwalało mu uzyskiwać ostre kontrasty światłocieniowe. Obraz Huang Binhonga "Yellow Mountain" sprzedano na aukcji w Hong Kongu za 50 milionów dolarów.

Jak malowali konie nasi mistrzowie - Juliusz Kossak. Wojciech Kossak, January Suchodolski, Józef Brandt – wiemy. Proszę więc zobaczyć, że XU BEIHONG, chiński artysta, uważany za jednego z najwybitniejszych malarzy XX wieku - w niczym naszym mistrzom nie ustępuje. Te konie są inne, prawda?
.
Na zakończenie małej wycieczki do Państwa Środka - jeszcze raz Cao Pi.
"Patrząc jak nad brzegiem rzeki Quing żołnierz ciągnący barkę żegna się z dopiero co poślubioną żoną"
Dopiero co wyszłam, mój Miły, za ciebie.
A czas rozłąki ju ż wkrótce nastanie.
Wiatr chłodny trawy jesienne ugina,
Zewsząd dochodzi świerszczy pogrywanie.
Zmarzniętych cykad cykanie ostatnie,
Uschłe gałązki drzew nam opasało.
Uschłe gałązki z czasem wiatr uniesie,
A z nimi wiotkie również porwie ciało.
Nie to mnie dręczy, że wiatr porwie ciało,
Martwię się jednak, że czas szybko płynie.
Lata mijają, Któż wie czy w ogóle
W jakiejś się przyjdzie nam spotkać godzinie ?
Chcę, byśmy mogli, niczym dwa łabędzie,
Po rzece pływać zawsze razem wszędzie...

Hu Jigao (ur. 1930)
-------------------------------------------------------------
PS rl
Może te wiersze Cao Pi są w przekładzie Czesława Miłosza, który chińską poezję bardzo cenił i chętnie tłumaczył.
PS2
Małgosia wybrała sztukę tradycyjną w formie. Ale Chiny to także malarstwo nowoczesne. Często znakomite. Zaskakujące.
O tym innym razem.
-
mail od Stanisława, fragment - Użytkownik: SR, 2018-02-03 07:28:36
Krótka dyskusja, kto się kim inspirował. Pisze SR:
Kto od kogo? Chińczycy od Japończyków - to raczej niemożliwe. Tysiąc lat temu Japonia była skrajnie prymitywna. Całą kulturę czerpali z Chin, od pisma poczynając (buddyzm to raczej poprzez Koreę). W XIII wieku była druga fala "chińszczyzacji". Wtedy przyjęło się malarstwo chińskie, akademickie - pejzaż, jednobarwny. To prawda, że wkrótce potem malarstwo w Chinach zaskorupiało, potem zaczęło upadać. Wtedy do Chin wybrał się Seshu. Zrobił tam wielką karierę, ale on uczył Chińczyków malarstwa chińskiego... Jeszcze Ashikagowie byli wielkimi entuzjastami klasycznego pejzażu chińskiego. To pasowało do zen. Twoje opowiadanie ("Sześć kryształowych rzek" z tomu "Chmiera" - przyp. rl) toczy się gdzies w końcu XV wieku (początek XVI) - to już Japonia całkiem rozwinięta, nie musiała naśladować Chin, ale żeby miała wpływ na Chiny, kraj z wielowiekową tradycją to nie może być. One zawsze pogardzały "karłami".
-
Gocha - Użytkownik: stev, 2018-01-24 09:45:11
Zacznę od tego ze Gocha jest moim Przyjacielem i co najwazniejsze - zaprzeczeniem fenomenalnej skadinad tezy Hrabala, że:"Przyjaźń między mężczyzną i kobietą jest udręką dla dwojga." pochodzacej z poematu prozą - Adagio Lamentoso. Jest więc zaprzeczeniem, bo kontakt i płynaca z niego nauka jest dla mnie ucztą dla serca i ducha i lekcją.....pokory. Tak, pokory, gdyz wiedza jaką przekazuje przerosła moje rozbuchane ego np. w dziedzinie mojej wiedzy o sztuce szeroko pojętej....a więc - chylę czoła i sie od Niej - uczę. W swych fejsbookowych postach zaraża lekkoscia i głębia zarazem - poznawania, postrzegania i chłoniecia świata czego przykładem jest przedmiotowy post o sztuce chinskiej.
Nawet o tym Gocha nie wię, iż dzieki przyjaźni z Nią uczę sie o sobie więcej niz z nauk pobranych na psychologii - Los, Ananke, Bóg - jak zwał tak zwał - postawił Ją na mej drodze jako te lustro bym....zmądrzał choć kapkę...i przyjrzał sie sobie. A wiec idąc za myslą chińską Mistrza nad mistrzami w tej dziedzinie zacytuję Lao Tse : "Kto dużo wie o innych ludziach, może być człowiekiem uczonym, ale ten, kto rozumie samego siebie, jest bardziej inteligentny. Kto panuje nad innymi, może jest i silny, ale ten, kto jest panem samego siebie, jest jeszcze silniejszy. " Dzięki Ci Gocha.
2018-01-15 - Kosz ułomków

Zasugerować, to dopiero jest ideał.
Mallarmé
Jeśli byłem artystą i byłem w pracowni, to cokolwiek
w niej robiłem, musiało być sztuką.
Bruce Nauman, przedstawiciel sztuki konceptualnej, USA
2018-01-02 - 2018

instalacja świetlna
autor: Bruce Nauman
-
2018 - Użytkownik: Małgorzata, 2018-01-04 14:18:49
... Nie podoba mi się ta instalacja .... pesymistyczna .... nie uskrzydla na nowy rok ...
M.
2017-12-30 - Gość bloga. Refleksy
Przed Nowym Rokiem garść uwag do Ostatniego ogrodu. Jakby refleksów.
Pisze do mnie Stanisław Rawicz (co ja to tutaj sztafetowo podaję):

Czytam Twoje „Dzieła zebrane”. Czasem jakieś przypadkowe słowo, kilka słów, z czymś się skojarzy, spowoduje że myśl ucieka do własnych wspomnień...
"Gerard gichnoł Ruskim dwa tory" (to z opowiadania Geoda - przyp. rl). Ty tego nie możesz pamiętać, za małyś był. Mnie wtedy zaniosło het na Ruś. W naszym mieszkaniu był tylko głośnik-kołchoźnik, ale mecz transmitowano. Słowa komentatora sportowego tchnęły hurraoptymizmem, choć wynik do tego nie nastrajał. Dwa do zera, dziesięć minut do końca meczu, z głośnika słyszę: „nie z takich sytuacji ludzie radzieccy wychodzili zwycięsko!”. Gwizdek, koniec. Komentator westchnął: „ach, tot Czeszlik, tot Czeszlik...”
...z tym Achillesem dołączonym do dziejów Śląska (dalej Geoda) toś chyba trochę przesadził... A co mnie oderwało od lektury? Rozcieńczone wino. W domu Teresy, mojej żony, gdy siadło się pogawędzić, odpocząć, to nie herbatka, nie kawa, ale kubek (nie kieliszek) rozcieńczonego wina, często własnej produkcji starego Malika, z winogron, jakie przetrwały w ogrodzie przy dworku Czetwertyńskich, zamienionym teraz na szkołę. Na pewno nie wynikało to z tradycji helleńskiej (człowiek kulturalny wino rozcieńcza), tylko raczej z galicyjskiej. A czy Achilles pogardzał winem nierozcieńczonym – mam wątpliwości. Należał do Myrmidonów, którzy byli plemieniem bardzo prymitywnym, nieucywilizowanym (tu moja replika: Achilles był Myrmidonem, ale wśród cywilizowanych Achajów trochę kultury wraz z winem łyknął).
...w listach Zofii i Julii (Erinna i Baukida) powtórzyłeś parę razy „koncert Rachmaninowa”... Nie przepadam za muzyką Rachmaninowa, ale oto jestem w filharmonii tokijskiej, w programie Rachmaninow, i tylko Rachmaninow, dyryguje Genadij Rożdżestwienskij. Budynek filharmonii wklejony jest w zielone pełne krzewów zbocze, przed nim plac von Karajana, naprzeciw wieżowiec East Ark Tower, na jego szczycie reflektor rzucający w dół, na plac, owal światła. Tokio. Boże, jak ten świat zrobił się maleńki...
I tak dalej...
Do siego roku Stanisławie i Wy wszyscy, którzy pamiętacie Cieślika, wspominacie Myrmidonów, lubicie lub nie Rachmaninowa i wino galicyjskie.
-
Refleksy ... - Użytkownik: Małgorzata, 2018-01-04 14:09:17
Dopiero dzisiaj przeczytałam ....
DO SIEGO RO9KU RYŚKU !!! .
Małga.





